poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Rozdział VIII



Hey ;3

Rozdział miał być wrzucony wczoraj ale szalały takie burze, że bałam się włączyć komputer.
Nie szczególnie podoba mi się to co napisałam, ale oddaję do waszej dyspozycji. Miłej lektury ;*
[Komentujcie! Nawet jeśli wstawicie kropkę w komentarzach na dole, będzie to dla mnie dużo znaczyć.]

~Morsmorde

Rozdział 8

   
   Dumbledore siedział w swoim ulubionym fotelu za biurkiem i popijał owocową herbatkę.

Z lekkim uśmiechem na twarzy patrzył jak magia spowrotem doprowadza jego gabinet do stanu urzywalności.
Więc jednak się nie pomylił. Chłopak naprawdę czuje coś do tej dziewczyny. 
Kto by pomyślał... 
Jego uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej gdy po pół-godzinie do gabinetu wpadła jego zastępczyni. Naprawdę rzadko zdarzało mu się widzieć tę kobietę bladą i zdyszaną od biegu.

- Profesor McGonagal? Czy coś się stało? - spytał uprzejmie.

- Tak, Albusie! Wyszłam na błonia, akurat miałam przerwę w zajęciach i nie zgadniesz kogo tam spotkałam! - dyrektor uniusł lekko brwi - Pannę Granger!

- Naprawdę? - Dumbledore udał zaskoczenie. - To doprawdy niezwykłe.

Nauczycielka transmutacji spojrzała na niego uważnie.

- Wiedziałeś, tak? - rzekła po chwili oskarżycielsko.

- Owszem. - w oczach dyrektora zalśniły złote iskierki.

- Jak?

- Zdaje się, że to ty sama przekazałaś pannie Granger Zmieniacz Czasu. Wygląda na to, że dobrze sie stało. - odpowiedział dyrektor z uśmiechem. - Byłbym wdzięczny gdybyś powiadomiła resztę grona pedagogicznego. - wciąż oniemiała profesorka kiwnęła głową - Gdzie teraz jest panna Granger?

- Wraz z panem Potter'em udali sie do skrzydła szpitalnego. Poleciłam im aby użyli peleryny niewidki. Nie wiadomo jaka byłaby reakcja pozostałych studentów na widok dziewczyny.

- Bardzo dobrze. Dziś podczas kolacji przemówię do uczniów aby wszystkim wyjaśnić tę sytuację.

- Jak zamierzasz im to wytłumaczyć? Przecież dziś rano uczestniczyli w pogrzebie! - zbulwersowała się opiekunka Gryfonów.

- Zostaw to mnie, Minerwo.

~.oOo.~


   - Pani Pomfrey - zawołał Harry, wychodząc spod peleryny niewidki.

Gdy tylko McGonagal się ocknęła, kazała im udać się do skrzydła szpitalnego, a sama pognała do gabinetu dyrektora. Kto by pomyślał, że ta kobieta ma tyle energii.

- Oh! Na miłość Boską, panie Potter! Co pan wyprawia?! - krzyknęła pielęgniarka, zaskoczona nagłym pojawieniem się ucznia.

- Przepraszam - zreflektował się

- No, już lepiej. Co cię do mnie sprowadza? Mam nadzieję, że nic poważnego?

Harry zawahał się przez chwilę, po czym zdjął magiczny płaszcz również z Hermiony.

- Na Merlina! Panna Granger?! - pielęgniarka wpatrywała się z niedowierzaniem w dziewczynę. - Przecież...- zaczęła rzucać na dziewczynę zaklęcia skanujące. - To niemożliwe... - spojrzała pytająco na Złotego Chłopca.

- Zaraz po tym... prof... eee... - zająknął się Harry - Podałem jej wywar żywej śmierci. A godzinę temu antidotum. Przyszliśmy sprawdzić czy wszystko poszło dobrze.

Pomfrey spojrzała na niego surowo.

- Chcesz mi powiedzieć, że oszukaliście zarówno mnie jaki i resztę uczniów oraz nauczycieli? - rzekła z furią.

- T-tak... Tak jakby. - przyznał chłopak z lekką skruchą.

Pielęgniarka spiorunowała go wzrokiem.
Po chwili jednak odzyskała swój profesjonalizm.

- No już, panno Granger proszę tutaj podejść. - zaprowadziła wciąż skołowaną dziewczynę do szafki, z której wyjęła fiolkę z pomarańczowym płynem. - To eliksir wzmacniający.

Hermiona podniosła naczynie do ust i wypiła jednym haustem. Skrzywiła się lekko ale odrazu poczuła przypływ energii.

- Nie może się przemęczać. Niech dzisiaj odpocznie, a na zajęcia może iść w poniedziałek. Jeśli oczywiście dyrektor wyrazi zgodę.

- Dziękujemy. - rzekł Harry

- Potter.

- Tak?

- Nie życzę sobie więcej takich numerów. Czy to jasne?

- Tak jest. - obiecał po czym chwycił dziewczynę za rękę i wyprowadził z pomieszczenia.

- Harry... O co chodziło z tym eliksirem? - spytała gryfonka gdy byli już na korytarzu.

Wciąż była lekko skołowana. Dopiero co obudziła się na błoniach, a Harry odrazu zaciągną ją tutaj. - Nic nie pamiętam.

- Hermiono, miałaś odpoczywać. Może chodźmy do dormitorium i wtedy porozmawiamy. - zaproponował Wybraniec.

- Nie przesadzaj, nic mi nie jest. - odpowiedział dziewczyna, jednak widząc nieugięte spojrzenie chłopaka, dodała - No dobrze. Chodźmy do mojego pokoju.


~.oOo.~


- No, więc o co chodzi? - ponagliła gryfona, gdy położyła się już wygodnie na łóżku.

Wybraniec usiadł obok, na materacu.

- Eh... Hermiono... To nie jest takie proste. Nie chcę żeby to się powtórzyło. Ta sytuacja... - plątał się. - Obiecaj, że nie ważne co teraz powiem, nie zrobisz tego znowu.

- Czego nie zrobię, Harry?

- Ty... Ty nie... Po prostu obiecaj. - spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.

- Dobrze - powiedziała ostrożnie dziewczyna.

- Ty... Chciałaś się zabić... Zrobiłaś to, prawie - urwał widząc wyraz twarzy przyjaciółki - Snape... Ja cofnąłem się w czasie i po tym jak skoczyłaś do jeziora podałem ci ten eliksir, żeby mogli cię zabrać. Po pogrz... To znaczy... potem dostałaś antidotum. Co było dalej chyba pamiętasz.

- Jakoś trudno uwierzyć w to co mówisz. - odezwała się dzoiewczyna, po chwili milczenia. - Dlaczego miałabym zrobić coś takiego?

- Bo... Jest jedna rzecz... Twoi rodzice.

- Hm? Co z nimi?

- Oni nie żyją. Przynajmniej tak twierdzi Dumbledor.

- Co? - Hermiona zbladła widocznie. - O czym ty mówisz, Harry?

- To podobno były Walkirie. Ten zakon. Tak mi przykro, Miona. - dodał.

Gryfonka miała uczucie de-ja-vú.
Teraz sobie przypomniała.

Rozpacz. Pustka. Chłód. Woda. Skok. Ból. Ciemność. Harry.

Zaczęła ją boleć głowa. Zdała sobie sprawę, że jej policzki są mokre od łez.
Szloch wydarł się jej z gardła. Nieświadomie przylgnęła do chłopaka.
Ten przytulił ją mocno.

- Dasz radę Miona. Poradzisz sobie z tym. Będę przy tobie.

Odpowiedziała mu cisza.

~.oOo.~


   Pokój nauczycielski wypełniały szmery rozmów.
Każdy z profesorów dostał pilną sowę z zawiadomieniem o spotkaniu.
Nikt nie wiedział o co chodziło, niektórzy domyślali się tylko, że miało to prawdopodobnie związek z ostatnimi wydarzeniami. No, prawie nikt.
Snape siedział na swoim miejscu z kpiącym uśmieszkiem obserwując całe zamieszanie.

- Zapewne zastanawiacie się, dlaczego was tutaj zgromadziłam. - rzekła McGonagal wchodząc do pomieszczenia. - Ostatnie wydarzenia były szczególnie trudne dla nas wszystkich. Jednak mam wam do przekazania ważną wiadomość. Otóż panna Granger - kilku nauczycieli westchnęło ze smutkiem - żyje. - dokończyła opiekunka gryfonów.

W pomieszczeniu zapadła cisza.

- Słucham? - odezwała się po chwili profesor Vector. - Przecież dziś rano był pogrzeb. Chyba nie rozumiem.

- Dla mnie również było to trudne do przetrawienia i pomimo tego jak bardzo się cieszę z tej wiadomości, może ona wywołać skandal. W jutrzejszym proroku z pewnością ukaże się artykuł o samobójstwie na terenie szkoły, podczas gdy do takowego nie doszło. Wielu rodziców na pewno będzie nie zadowolonych z faktu w jakim otoczeniu przebywają ich dzieci.

- Hm, wszystko pięknie Minerwo, ale co się stało z panną Granger? - odezwał się Flitwick.

- Żyje Filiusie. Trafiłam na nią przypadkiem tego ranka. Odesłałam ją razem z panem Potter'em do skrzydła szpitalnego. Albus twierdzi, że chłopak użył Zmieniacza Czasu.

- To było niezwykle ryzykowne. Jak mu się to udało bez zmiany biegu wydarzeń? - dopytywała się Hooch.

- Niestety, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Myślę jednak, że wszyscy się zgadzamy, iż wyczyn pana Potter'a był wybitny.

Nauczyciele pokiwali zgodnie głowami. Z jednym wyjątkiem.
Snape prychnął.

- Oczywiście, święty Potter. Wybraniec. Bo kto inny jak nie on mógł dokonać czegoś takiego? - zakpił. Wstał od stołu zły jak wszyscy diabli i wyszedł z pomieszczenia, trzaskając głośno drzwiami.

Nauczyciele popatrzyli po sobie ze zdziwieniem. O co tym razem chodziło Mistrzowi Eliksirów?
Nie minęła minuta, jak przez drzwi do pomieszczenia weszła pani Pomfrey.

- Oh, Poppy dobrze, że jesteś. Co z dziewczyną? - spytała McGonagal.

- Wszystko dobrze. Jest trochę zmęczona ale to normalne. - odpowiedziała pielęgniarka.

- Wiesz coś o tym jak panu Potter'owi udało się ją ocalić? - spytała Sprout. - Albus nic więcej nie powiedział, oprócz wzmianki o Zmieniaczu Czasu.

- Oh, tak. Pan Potter wspomniał coś o Wywarze Żywej Śmierci. Ponoć podał antidotum dziś rano. Podejrzewam, że Severus maczał w tym palce.

- Severus? - zdziwiła się Vector. - Czemu miałby pomagać panu Potter'owi? Nienawidzą się.

- Cóż, co by nie było panna Granger żyje, a my musimy uporać się z uczniami, którzy z pewnością będą chcieli wiedzieć jak najwięcej na ten temat. Albus przemówi do nich podczas kolacji. Miejmy tylko nadzieję, że do Rity Skitter nie dotrze informacja o ostatnich wydarzeniach. - rzekła zastępczyni dyrektora, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to graniczyłoby z cudem.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział VII

Hey ;d
Rozdział miał być wczoraj, niestety nie mam dostępu do komputera i pisałam go na telefonie, stąd opóźnienie.
Mam nadzieję, że nie będzie błędów. Wszystko poprawię kiedy dorwę się do komputera. Tymczasem zapraszam do lektury ;3

~Morsmorde

Rozdział 7


    Wybraniec z przerażeniem wpatrywał się w stojącą przed nim postać.

- Ciekawa i zaskakująca rzecz - Czas. Prawda, panie Potter? - odezwał się Mistrz Eliksirów.

- Ja... Nie wiem o czym pan mówi, profesorze. - Harry postanowił grać na zwłokę. Może Snape się nabierze i uwierzy, że nie tego Pottera szukał.

- Jak to brzmi - westchnął w myślach Gryfon - ktoś naprawde powinien mnie przebadać.

- Och nie bredź Potter! Widziałem jak wybiegasz od Fariares'a. Swoją drogą, czyś ty kompletnie zdurniał?! Nikt nie może cię widzieć! I czemu twoje ubranie jest mokre? Czyżbyś zapomniał gdzie jest toaleta, Potter? - dodał kąśliwie.

To otrzeźwiło Gryfona.
 Zacisnął ze złością zęby i nie zważając więcej na obelgi, wyciągnął pojemnik z kieszeni.

- Profesorze, może mi pan powiedzieć co to jest? 

- Mydelniczka, Potter. - Mistrz Eliksirów uśmiechnął sie kpiąco. Już miał cos dodać gdy chłopak mu przerwał. 

- Nie! Pytam co to za eliksir. - otworzył pojemnik. - profesor Fariares dał mi herbatę. Coś w niej było. Ale nie wiem jaka to mikstura...

- Oczywiście, że nie wiesz Potter. Nigdy nie uważałeś na moich zajęciach. - wziął od Gryfona pudełko i powąchał. Po chwili  na jego twarzy zagościł krzywy uśmieszek. - Tyle razy próbowano ci podać ten eliksir, a ty dalej go nie rozpoznajesz? Eh... Potter, dno.

- Może gdybyś nie był taki wredny na swoich zajęciach, więcej bym umiał! - wzburzył sie Harry.

- Panuj nad sobą! Nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na 'ty'. 

- Mam to gdzieś! - Cała frustracja z ostatnich dni wezbrała w Gryfonie. - Mam to gdzieś, Snape! Wali mnie to! Odkąd skończyłem pieprzone jedenaście lat ludzie śledzili każdy mój ruch, znali każdy aspekt życia Chłopca-Który-Kurwa-Przeżył! Potem pojawił sie Voldemort i cały czarodziejski świat schował się w swoich norach, patrząc na Wybrańca, który miał uratować ich tyłki. Nie interesowało ich że miał tylko 15 cholernych lat! Ale zrobiłem to! Zabiłem Tego, którego imienia nie wolno wymawiać! Myślałem, że wreszcie będę mieć spokój. - uśmiechnął się bez wesołości - Ale nie. Pojawiły się jakieś pieprzone Walkirie, które postawiły sobie za cel zepsuć mi resztę życia. Pokłóciłem się z Ron'em, a moja najlepsza przyjaciółka popełniła samobójstwo. Cofam sie w czasie żeby ją uratować, a ty kurwa się tu zjawiasz i mówisz mi, żebym   nad sobą panował?! Jaja sobie ze mnie robisz?! - oddychał ciężko, a serce waliło mu jak młotem. Nie miał już siły. Usiadł na ziemi i oparł sie zrezygnowany o ścianę. - Zabij mnie Snape. - wymamrotał - Mam dosyć tego pieprzonego świata.

Mistrz Eliksirów przypatrywał mu się z zainteresowaniem. Tyle lat marzył o tym aby zobaczyć tego chłopaka w takim stanie.
 Z drugiej strony, dzieciak nie mógł sie załamać, był Wybrańcem. 
Skrzywił się na wspomnienie tego tytułu. 
Niesamowite jaką sławę może spowodować jedna blizna. Sam miał ich wiele. Pamiątki po spotkaniach z Czarnym Panem.

- Jeśli zginiesz, nie uratujesz już swojej przyjaciółki. - odrzekł spokojnie. Pokpi z niego później. Teraz nie ma na to czasu. Kiedy nie doczekał się reakcji, dodał. - Nikt nigdy nie powiedział, że życie będzie kolorowe Potter. - Kto by pomyślał, że będzie robił za Gryfońskiego psychologa. Prychnął zirytowany. - Jeśli chcesz sie nad sobą użalać, to nie przy mnie. Mam ciekawsze zajęcia. - rzucił mu pod nogi Zmieniać Czasu. - Mam nadzieję, że nie będę musiał znów ratować twojego drogocennego tyłka Potter. - zakpił, po czym rzucił na siebie zaklęcie kameleona i odszedł korytarzem.

Harry siedział tak jeszcze kilka minut. 
Dopiero kiedy dotarło do niego, że ktoś może go zobaczyć, postanowił się ruszyć.
Korzystając z okazji, że trwały zajęcia przekradł sie do Wierzy Gryffindor'u po pelerynę niewidkę i mapę Huncwotów.
Przeszedł na główny hall, tym razem pod magicznym płaszczem.
Zastanowił się chwilę po czym wyszedł na zewnątrz i skierował się blisko miejsca gdzie Hermiona skoczyła ze skał.
Postanowił poczekać na przyjaciółkę kilka godzin, w ukryciu. 
Dopiero po chwili dotarło do niego, że Mistrz Eliksirów nie odpowiedział na jego pytanie.

- Świetnie. - warknął. - Nie wiem nawet czym chciał mnie otruć ten facet. Dodatkowo zbłaźniłem się przed Snape'em. Super. - Usłyszał głośny grzmot tuż nad głową. Po chwili zaczął padać deszcz, całkowicie mocząc ubranie Złotego chłopca. - Ten dzień zapowiada się coraz lepiej. - mruknął zrezygnowany.

  ~.oOo.~

Kilka godzin później obudził go trzask łamanej gałęzi. Nawet nie zauważył kiedy zasnął. Przestało padać, a na dworze było już ciemno.
Podniósł wzrok.

- Oczywiście - sarknął w myślach. - Kto inny mógłby przyjść?

- To znowu pan. - rzekł na głos.

- To chyba oczywiste. Ktoś musi pilnować twojego tyłka, Potter. - odezwał się chłodno Snape. Po chwili jego twarz przeciął krzywy uśmieszek. - Zmokłeś, Potter? Już zapomniałeś jaka dziś była pogoda? Z taką amnezją to cud, że pamiętasz aby nosić ubranie na sobie. - zakpił.

Harry zacisnął zęby. No bo co miałby niby powiedzieć? Rzeczywiści zapomniał. Chcąc wybrnąć z sytuacji, spytał:
- Więc co to był za eliksir?

- Veritaserum. Ale powiedz mi Potter, co chciał wiedzieć Fariares?

- Pytał o Hermionę. O jej rodzinę. - popatrzył na profesora.

Mistrz Eliksirów miał nieczytelny wyraz twarzy.
Stali tam przez kilka minut, gdy nagle ciszę przeciął stukot czyichś kroków.
Momentalnie odwrócili się w tamtą stronę.
To była Hermiona. 
Jako że stali za dosyć rozłożystym krzewem, nie mogła ich zobaczyć.
Wspięła się na skały i stanęła na krawędzi klifu.
Gdy przysunęła się bliżej krawędzi, Harry wyrwał sie do przodu aby nie dopuścić jej do skoku.
Przeszkodziła mu w tym jednak silna ręka, która złapała go za nadgarstek.

- Co ty robisz?! - warknął na Snape'a - Puszczaj!

- Uspokój się Potter. Nie możesz jej pomóc teraz. Musi skoczyć bo inaczej  zaburzysz bieg wydarzeń.

- Mam gdzieś bieg wydarzeń! - krzyknął, jednak w tym momencie usłyszeli głośny plusk i hałas wody uderzającej o skały. - Hermiona! - krzyknął.

- Cicho Potter! Szybko wlej jej to do ust i dopilnuj żeby przełknęła - podał Gryfonowi fiolkę z eliksirem - Szybko!

Wybraniec wyrwał sie do przodu. Odrazu znalazł dziewczynę. Wyglądała tak samo jak wtedy gdy ją znaleźli...

- Zaraz, co?! - Zaklął szpetnie. 

Przecież on i Snape za chilę tu będą. Nie miał ani chwili do stracenia. Pochylił sie nad Hermioną i wlał jej do ust eliksir. Pomasował gardło aby przełknęła, przez chwilę rozkoszując sie dotykiem jej gładkiej skóry i wycofał sie szybko. W ostatniej chwili zdążył się ukryć. 

Usłyszał tupot kroków i po chwili zobaczył siebie i Mistrza Eliksirów podnoszących Gryfonkę i bez słowa transportujących ją do zamku.

Odetchnął gdy dwie postacie znalazły się poza zasięgiem wzroku.

- W ostatniej chwili Potter. - skomentował jego wyczyn Snape.

- Co to było tym razem?

- Wywar żywej śmierci. - odpowiedział spokojnie profesor.

- Co?! Zabiłeś ją?!

Snape westchnął teatralnie.

- Nie, Potter. To jest wywar ŻYWEJ śmierci. Obudzi się gdy podam antidotum.

- Ale jak to się ma do ratowania jej? - spytał chłopak, nieco uspokojony.

- Gryfoni... - mruknął Snape. - Mikstura wprowadziła ją w stan, w którym nie wykazuje żadnych funkcji życiowych, więc wszyscy pomyślą, że nie żyje. Łącznie z Pomfrey - dodał uprzedzając pytanie Gryfona. - Po pogrzebie wyjmiesz ją z trumny i podasz antidotum. Odczekacie godzinę, aby twoja wersja z przeszłości zdążyła użyć zmieniacza i wrócicie do zamku. W między czasie możecie porozmawiać na te ckliwe tematy. - zakpił.

- To całkiem dobry plan... - przemknęło Gryfonowi przez myśl gdy zadawał kolejne pytanie:
- Pani Pomfrey domyśli się, że Miona jest pod działaniem eliksiru, przecież to pielęgniarka.

Snape popatrzył na niego krzywo. Gdyby Harry znał go lepiej, wiedziałby, że mężczyzna poczuł się tym urażony.
- Potter, nie wiem czy pamiętasz ale jestem Mistrzem Eliksirów. Potrafię uważać miksturę, której nie da się wykryć, zwłaszcza w tak krótkim czasie od podania. Dopiero po kilku dniach mogłyby pojawić się pewne oznaki jej działania. - wyjaśnił.

- Yhym. - mruknął Wybraniec. - Skoro mam czekać do jutra rana, to chyba muszę gdzieś spać, prawda?

- Schowaj sie pod tym cholernym płaszczem.

- A pan? - spytał chłopak. Właściwie niezbyt go obchodziło gdzie spędzi tę noc nietoperz, na pewno znajdzie sobie jakąś salę tortur w lochach. Był po prostu ciekawy co przez tyle czasu zamierza robić Snape.
- To już nie twoja sprawa, Potter. - warknął profesor. - Uważaj żeby nikt cię nie widział.

- Jasne.

- Tu masz antidotum. Podaj tak samo jak wcześniej. - rzekł były śmierciożerca, po czym oddalił sie szybkim krokiem.

Po chwili Harry był już sam. 
Nie wiele myśląc, rzucił na siebie czar ogrzewający i zakryty peleryną ułożył się wygodnie na trawie między skałami.
Zasnął po kilku minutach.

   ~.oOo.~

Kiedy przekradał się przez błonia, wciąż przykryty magicznym płaszczem, słońce stało już wysoko. 
Według jego obliczeń miał około godziny czasu. 
Biały grub z daleka rzucał się w oczy.
Podszedł do lekkiego wzniesienia.
Uniósł pokrywę zaklęciem i zbliżył się do nagrobka. Tym razem ujrzał przyjaciółkę na czerwonym postumencie. Pojedyncza łza spłynęła po jego policzku gdy wyciągał Hermionę. 
Kiedy ta leżała już bezpiecznie na trawie, odłożył pokrywę na miejsce.
Wziął dziewczynę na ręce i ruszył szybkim krokiem w stronę swojej poprzedniej kryjówki. Wiedział, że niedługo przyjdzie tu jego przeszła wersja.
Gdy dotarł na miejsce, delikatnie ułożył Gryfonkę na murawie.
Wyciągnął z kieszeni szaty antidotum i zawahał się, gdy jego ręka dotknęła twarzy dziewczyny.

Wyglądała tak spokojnie gdy spała. Pani Pomfrey wyleczyła wszystkie rany i siniaki, więc nic nie szpeciło jej skóry. Harry przyglądał się tej lekko zaróżowionej skórze. Przesunął po niej palcem. Była taka delikatna i gładka. Idealna.
Gryfonka była naprawde ładna. Szczupła z tymi orzechowymi oczami i (teraz już ujarzmionymi) kręconymi włosami. Oczywiście Harry'emu imponowała również inteligencja dziewczyny i charakter. Nigdy się nie poddawała i walczyła o lepszy byt innych. Uśmiechną się na wspomnienie o organizacji WESZ.
Dziwne, że dopiero teraz zdał sobie sprawę jak wiele ta dziewczyna dla niego znaczy. 
Wcześniej zawsze myślał o niej z Ron'em. Teraz dopiero widział jak bardzo niedopasowany był ich związek. Zastanowił się czy gdyby to on od początku był z Hermioną, to byliby teraz w takiej sytuacji.

- Pewnie nie. - mruknął. Szkoda, że  tak zawiódł się na Ron'nie. Już zaczynało mu brakować przyjaciela. 

Z tych rozmyślań wyrwało go pojawienie się skrzata domowego i towarzyszące temu ciche "pop".
Uśmiechnął się lekko gdy rozpoznał stworzenie.

- Cześć Zgredku. - przywitał się. Skrzat miał na sobie dwie różnokolorowe skarpety i jasnoniebieski, przydługi sweter. - Coś się stało?

- Dzień dobry Harry Potter, sir. Zgredek nie chce przeszkadzać paniczowi ale profesor Snape wezwał Zgredka i kazał mu przekazać Harry'emu Potter'owi, że panicz Harry ma jak najszybciej podać antidotum bo inaczej mogą pojawić się komplikacje. Zgredek nie wie co ma o tym myśleć Harry Potter, sir. - powiedział skrzat jak zwykle używając trzeciej formy.

- Dziękuję Zgredku. Jeśli to wszystko to jesteś wolny.

- Oczywiście Harry Potter, sir. Gdyby Zgredek był potrzebny, proszę wezwać Zgredka. Zgredek jest wolnym skrzatem ale dla pana Harry'ego Potter'a zrobi wszystko. - to powiedziawszy zniknął, tak jak się pojawił z cichym "pop".

Gryfon pokręcił lekko głowa na to wyznanie i wspominając słowa Snape'a, szybko wlał miksturę do ust przyjaciółki. Potarł jej gardło aby przełknęła i usiadł obok, czekając aż ta się obudzi.

Po kilku minutach usłyszał stłumione kaszlnięcie, potem drugie. Odwrócił się w stronę dziewczyny i obserwował jak ta się podnosi do siadu.

- Harry...? - Hermioną popatrzyła na niego zdezorientowana. - Co się stało? Miałam okropny sen... - nie dokończyła bo chłopak złapał ją w mocnym uścisku.
 Zaskoczona objęła przyjaciela, a gdy ten się odsunął, spytała. - Ale gdzie my właściwie jesteśmy? 
Wybraniec, pomimo ogromnej radości z odzyskania przyjaciółki, uśmiechnął sie smutno. 

- Hermiono... - zaczął nie pewnie.

- A co to za schadzka, hm? - dobiegł ich dobrze znany im głos. Z za zasłaniających ich roślin wyłoniła się ich opiekunka. - Dobrze wiecie, że nie wolno wam sie tak bardzo oddalać od zamku, zwłaszcza w czasie... - zacięła się gdy jej wzrok padł na Hermionę. - Dobry Boże... - jej oczy urosły do nienaturalnych rozmiarów. Zbladła.
 Z otwartymi ustami przyglądała się dwójce siedzących przed nią Gryfonów, po czym chwyciła się za głowę i upadła na ziemię.
 Straciła przytomność.