Hey ;3
Rozdział miał być wrzucony wczoraj ale szalały takie burze, że bałam się włączyć komputer.
Nie szczególnie podoba mi się to co napisałam, ale oddaję do waszej dyspozycji. Miłej lektury ;*
[Komentujcie! Nawet jeśli wstawicie kropkę w komentarzach na dole, będzie to dla mnie dużo znaczyć.]
~Morsmorde
Rozdział 8
~Morsmorde
Rozdział 8
Dumbledore siedział w swoim ulubionym fotelu za biurkiem i popijał owocową herbatkę.
Z lekkim uśmiechem na twarzy patrzył jak magia spowrotem doprowadza jego gabinet do stanu urzywalności.
Więc jednak się nie pomylił. Chłopak naprawdę czuje coś do tej dziewczyny.
Z lekkim uśmiechem na twarzy patrzył jak magia spowrotem doprowadza jego gabinet do stanu urzywalności.
Więc jednak się nie pomylił. Chłopak naprawdę czuje coś do tej dziewczyny.
Kto by pomyślał...
Jego uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej gdy po pół-godzinie do gabinetu wpadła jego zastępczyni. Naprawdę rzadko zdarzało mu się widzieć tę kobietę bladą i zdyszaną od biegu.
- Profesor McGonagal? Czy coś się stało? - spytał uprzejmie.
- Tak, Albusie! Wyszłam na błonia, akurat miałam przerwę w zajęciach i nie zgadniesz kogo tam spotkałam! - dyrektor uniusł lekko brwi - Pannę Granger!
- Naprawdę? - Dumbledore udał zaskoczenie. - To doprawdy niezwykłe.
Nauczycielka transmutacji spojrzała na niego uważnie.
- Wiedziałeś, tak? - rzekła po chwili oskarżycielsko.
- Owszem. - w oczach dyrektora zalśniły złote iskierki.
- Jak?
- Zdaje się, że to ty sama przekazałaś pannie Granger Zmieniacz Czasu. Wygląda na to, że dobrze sie stało. - odpowiedział dyrektor z uśmiechem. - Byłbym wdzięczny gdybyś powiadomiła resztę grona pedagogicznego. - wciąż oniemiała profesorka kiwnęła głową - Gdzie teraz jest panna Granger?
- Wraz z panem Potter'em udali sie do skrzydła szpitalnego. Poleciłam im aby użyli peleryny niewidki. Nie wiadomo jaka byłaby reakcja pozostałych studentów na widok dziewczyny.
- Bardzo dobrze. Dziś podczas kolacji przemówię do uczniów aby wszystkim wyjaśnić tę sytuację.
- Jak zamierzasz im to wytłumaczyć? Przecież dziś rano uczestniczyli w pogrzebie! - zbulwersowała się opiekunka Gryfonów.
- Zostaw to mnie, Minerwo.
- Pani Pomfrey - zawołał Harry, wychodząc spod peleryny niewidki.
Gdy tylko McGonagal się ocknęła, kazała im udać się do skrzydła szpitalnego, a sama pognała do gabinetu dyrektora. Kto by pomyślał, że ta kobieta ma tyle energii.
- Oh! Na miłość Boską, panie Potter! Co pan wyprawia?! - krzyknęła pielęgniarka, zaskoczona nagłym pojawieniem się ucznia.
- Przepraszam - zreflektował się
- No, już lepiej. Co cię do mnie sprowadza? Mam nadzieję, że nic poważnego?
Harry zawahał się przez chwilę, po czym zdjął magiczny płaszcz również z Hermiony.
- Na Merlina! Panna Granger?! - pielęgniarka wpatrywała się z niedowierzaniem w dziewczynę. - Przecież...- zaczęła rzucać na dziewczynę zaklęcia skanujące. - To niemożliwe... - spojrzała pytająco na Złotego Chłopca.
- Zaraz po tym... prof... eee... - zająknął się Harry - Podałem jej wywar żywej śmierci. A godzinę temu antidotum. Przyszliśmy sprawdzić czy wszystko poszło dobrze.
Pomfrey spojrzała na niego surowo.
- Chcesz mi powiedzieć, że oszukaliście zarówno mnie jaki i resztę uczniów oraz nauczycieli? - rzekła z furią.
- T-tak... Tak jakby. - przyznał chłopak z lekką skruchą.
Pielęgniarka spiorunowała go wzrokiem.
Po chwili jednak odzyskała swój profesjonalizm.
- No już, panno Granger proszę tutaj podejść. - zaprowadziła wciąż skołowaną dziewczynę do szafki, z której wyjęła fiolkę z pomarańczowym płynem. - To eliksir wzmacniający.
Hermiona podniosła naczynie do ust i wypiła jednym haustem. Skrzywiła się lekko ale odrazu poczuła przypływ energii.
- Nie może się przemęczać. Niech dzisiaj odpocznie, a na zajęcia może iść w poniedziałek. Jeśli oczywiście dyrektor wyrazi zgodę.
- Dziękujemy. - rzekł Harry
- Potter.
- Tak?
- Nie życzę sobie więcej takich numerów. Czy to jasne?
- Tak jest. - obiecał po czym chwycił dziewczynę za rękę i wyprowadził z pomieszczenia.
- Harry... O co chodziło z tym eliksirem? - spytała gryfonka gdy byli już na korytarzu.
Wciąż była lekko skołowana. Dopiero co obudziła się na błoniach, a Harry odrazu zaciągną ją tutaj. - Nic nie pamiętam.
- Hermiono, miałaś odpoczywać. Może chodźmy do dormitorium i wtedy porozmawiamy. - zaproponował Wybraniec.
- Nie przesadzaj, nic mi nie jest. - odpowiedział dziewczyna, jednak widząc nieugięte spojrzenie chłopaka, dodała - No dobrze. Chodźmy do mojego pokoju.
- No, więc o co chodzi? - ponagliła gryfona, gdy położyła się już wygodnie na łóżku.
Wybraniec usiadł obok, na materacu.
- Eh... Hermiono... To nie jest takie proste. Nie chcę żeby to się powtórzyło. Ta sytuacja... - plątał się. - Obiecaj, że nie ważne co teraz powiem, nie zrobisz tego znowu.
- Czego nie zrobię, Harry?
- Ty... Ty nie... Po prostu obiecaj. - spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.
- Dobrze - powiedziała ostrożnie dziewczyna.
- Ty... Chciałaś się zabić... Zrobiłaś to, prawie - urwał widząc wyraz twarzy przyjaciółki - Snape... Ja cofnąłem się w czasie i po tym jak skoczyłaś do jeziora podałem ci ten eliksir, żeby mogli cię zabrać. Po pogrz... To znaczy... potem dostałaś antidotum. Co było dalej chyba pamiętasz.
- Jakoś trudno uwierzyć w to co mówisz. - odezwała się dzoiewczyna, po chwili milczenia. - Dlaczego miałabym zrobić coś takiego?
- Bo... Jest jedna rzecz... Twoi rodzice.
- Hm? Co z nimi?
- Oni nie żyją. Przynajmniej tak twierdzi Dumbledor.
- Co? - Hermiona zbladła widocznie. - O czym ty mówisz, Harry?
- To podobno były Walkirie. Ten zakon. Tak mi przykro, Miona. - dodał.
Gryfonka miała uczucie de-ja-vú.
Teraz sobie przypomniała.
Rozpacz. Pustka. Chłód. Woda. Skok. Ból. Ciemność. Harry.
Zaczęła ją boleć głowa. Zdała sobie sprawę, że jej policzki są mokre od łez.
Szloch wydarł się jej z gardła. Nieświadomie przylgnęła do chłopaka.
Ten przytulił ją mocno.
- Dasz radę Miona. Poradzisz sobie z tym. Będę przy tobie.
Odpowiedziała mu cisza.
Pokój nauczycielski wypełniały szmery rozmów.
Każdy z profesorów dostał pilną sowę z zawiadomieniem o spotkaniu.
Nikt nie wiedział o co chodziło, niektórzy domyślali się tylko, że miało to prawdopodobnie związek z ostatnimi wydarzeniami. No, prawie nikt.
Snape siedział na swoim miejscu z kpiącym uśmieszkiem obserwując całe zamieszanie.
- Zapewne zastanawiacie się, dlaczego was tutaj zgromadziłam. - rzekła McGonagal wchodząc do pomieszczenia. - Ostatnie wydarzenia były szczególnie trudne dla nas wszystkich. Jednak mam wam do przekazania ważną wiadomość. Otóż panna Granger - kilku nauczycieli westchnęło ze smutkiem - żyje. - dokończyła opiekunka gryfonów.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
- Słucham? - odezwała się po chwili profesor Vector. - Przecież dziś rano był pogrzeb. Chyba nie rozumiem.
- Dla mnie również było to trudne do przetrawienia i pomimo tego jak bardzo się cieszę z tej wiadomości, może ona wywołać skandal. W jutrzejszym proroku z pewnością ukaże się artykuł o samobójstwie na terenie szkoły, podczas gdy do takowego nie doszło. Wielu rodziców na pewno będzie nie zadowolonych z faktu w jakim otoczeniu przebywają ich dzieci.
- Hm, wszystko pięknie Minerwo, ale co się stało z panną Granger? - odezwał się Flitwick.
- Żyje Filiusie. Trafiłam na nią przypadkiem tego ranka. Odesłałam ją razem z panem Potter'em do skrzydła szpitalnego. Albus twierdzi, że chłopak użył Zmieniacza Czasu.
- To było niezwykle ryzykowne. Jak mu się to udało bez zmiany biegu wydarzeń? - dopytywała się Hooch.
- Niestety, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Myślę jednak, że wszyscy się zgadzamy, iż wyczyn pana Potter'a był wybitny.
- Profesor McGonagal? Czy coś się stało? - spytał uprzejmie.
- Tak, Albusie! Wyszłam na błonia, akurat miałam przerwę w zajęciach i nie zgadniesz kogo tam spotkałam! - dyrektor uniusł lekko brwi - Pannę Granger!
- Naprawdę? - Dumbledore udał zaskoczenie. - To doprawdy niezwykłe.
Nauczycielka transmutacji spojrzała na niego uważnie.
- Wiedziałeś, tak? - rzekła po chwili oskarżycielsko.
- Owszem. - w oczach dyrektora zalśniły złote iskierki.
- Jak?
- Zdaje się, że to ty sama przekazałaś pannie Granger Zmieniacz Czasu. Wygląda na to, że dobrze sie stało. - odpowiedział dyrektor z uśmiechem. - Byłbym wdzięczny gdybyś powiadomiła resztę grona pedagogicznego. - wciąż oniemiała profesorka kiwnęła głową - Gdzie teraz jest panna Granger?
- Wraz z panem Potter'em udali sie do skrzydła szpitalnego. Poleciłam im aby użyli peleryny niewidki. Nie wiadomo jaka byłaby reakcja pozostałych studentów na widok dziewczyny.
- Bardzo dobrze. Dziś podczas kolacji przemówię do uczniów aby wszystkim wyjaśnić tę sytuację.
- Jak zamierzasz im to wytłumaczyć? Przecież dziś rano uczestniczyli w pogrzebie! - zbulwersowała się opiekunka Gryfonów.
- Zostaw to mnie, Minerwo.
~.oOo.~
- Pani Pomfrey - zawołał Harry, wychodząc spod peleryny niewidki.
Gdy tylko McGonagal się ocknęła, kazała im udać się do skrzydła szpitalnego, a sama pognała do gabinetu dyrektora. Kto by pomyślał, że ta kobieta ma tyle energii.
- Oh! Na miłość Boską, panie Potter! Co pan wyprawia?! - krzyknęła pielęgniarka, zaskoczona nagłym pojawieniem się ucznia.
- Przepraszam - zreflektował się
- No, już lepiej. Co cię do mnie sprowadza? Mam nadzieję, że nic poważnego?
Harry zawahał się przez chwilę, po czym zdjął magiczny płaszcz również z Hermiony.
- Na Merlina! Panna Granger?! - pielęgniarka wpatrywała się z niedowierzaniem w dziewczynę. - Przecież...- zaczęła rzucać na dziewczynę zaklęcia skanujące. - To niemożliwe... - spojrzała pytająco na Złotego Chłopca.
- Zaraz po tym... prof... eee... - zająknął się Harry - Podałem jej wywar żywej śmierci. A godzinę temu antidotum. Przyszliśmy sprawdzić czy wszystko poszło dobrze.
Pomfrey spojrzała na niego surowo.
- Chcesz mi powiedzieć, że oszukaliście zarówno mnie jaki i resztę uczniów oraz nauczycieli? - rzekła z furią.
- T-tak... Tak jakby. - przyznał chłopak z lekką skruchą.
Pielęgniarka spiorunowała go wzrokiem.
Po chwili jednak odzyskała swój profesjonalizm.
- No już, panno Granger proszę tutaj podejść. - zaprowadziła wciąż skołowaną dziewczynę do szafki, z której wyjęła fiolkę z pomarańczowym płynem. - To eliksir wzmacniający.
Hermiona podniosła naczynie do ust i wypiła jednym haustem. Skrzywiła się lekko ale odrazu poczuła przypływ energii.
- Nie może się przemęczać. Niech dzisiaj odpocznie, a na zajęcia może iść w poniedziałek. Jeśli oczywiście dyrektor wyrazi zgodę.
- Dziękujemy. - rzekł Harry
- Potter.
- Tak?
- Nie życzę sobie więcej takich numerów. Czy to jasne?
- Tak jest. - obiecał po czym chwycił dziewczynę za rękę i wyprowadził z pomieszczenia.
- Harry... O co chodziło z tym eliksirem? - spytała gryfonka gdy byli już na korytarzu.
Wciąż była lekko skołowana. Dopiero co obudziła się na błoniach, a Harry odrazu zaciągną ją tutaj. - Nic nie pamiętam.
- Hermiono, miałaś odpoczywać. Może chodźmy do dormitorium i wtedy porozmawiamy. - zaproponował Wybraniec.
- Nie przesadzaj, nic mi nie jest. - odpowiedział dziewczyna, jednak widząc nieugięte spojrzenie chłopaka, dodała - No dobrze. Chodźmy do mojego pokoju.
~.oOo.~
- No, więc o co chodzi? - ponagliła gryfona, gdy położyła się już wygodnie na łóżku.
Wybraniec usiadł obok, na materacu.
- Eh... Hermiono... To nie jest takie proste. Nie chcę żeby to się powtórzyło. Ta sytuacja... - plątał się. - Obiecaj, że nie ważne co teraz powiem, nie zrobisz tego znowu.
- Czego nie zrobię, Harry?
- Ty... Ty nie... Po prostu obiecaj. - spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.
- Dobrze - powiedziała ostrożnie dziewczyna.
- Ty... Chciałaś się zabić... Zrobiłaś to, prawie - urwał widząc wyraz twarzy przyjaciółki - Snape... Ja cofnąłem się w czasie i po tym jak skoczyłaś do jeziora podałem ci ten eliksir, żeby mogli cię zabrać. Po pogrz... To znaczy... potem dostałaś antidotum. Co było dalej chyba pamiętasz.
- Jakoś trudno uwierzyć w to co mówisz. - odezwała się dzoiewczyna, po chwili milczenia. - Dlaczego miałabym zrobić coś takiego?
- Bo... Jest jedna rzecz... Twoi rodzice.
- Hm? Co z nimi?
- Oni nie żyją. Przynajmniej tak twierdzi Dumbledor.
- Co? - Hermiona zbladła widocznie. - O czym ty mówisz, Harry?
- To podobno były Walkirie. Ten zakon. Tak mi przykro, Miona. - dodał.
Gryfonka miała uczucie de-ja-vú.
Teraz sobie przypomniała.
Rozpacz. Pustka. Chłód. Woda. Skok. Ból. Ciemność. Harry.
Zaczęła ją boleć głowa. Zdała sobie sprawę, że jej policzki są mokre od łez.
Szloch wydarł się jej z gardła. Nieświadomie przylgnęła do chłopaka.
Ten przytulił ją mocno.
- Dasz radę Miona. Poradzisz sobie z tym. Będę przy tobie.
Odpowiedziała mu cisza.
~.oOo.~
Pokój nauczycielski wypełniały szmery rozmów.
Każdy z profesorów dostał pilną sowę z zawiadomieniem o spotkaniu.
Nikt nie wiedział o co chodziło, niektórzy domyślali się tylko, że miało to prawdopodobnie związek z ostatnimi wydarzeniami. No, prawie nikt.
Snape siedział na swoim miejscu z kpiącym uśmieszkiem obserwując całe zamieszanie.
- Zapewne zastanawiacie się, dlaczego was tutaj zgromadziłam. - rzekła McGonagal wchodząc do pomieszczenia. - Ostatnie wydarzenia były szczególnie trudne dla nas wszystkich. Jednak mam wam do przekazania ważną wiadomość. Otóż panna Granger - kilku nauczycieli westchnęło ze smutkiem - żyje. - dokończyła opiekunka gryfonów.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
- Słucham? - odezwała się po chwili profesor Vector. - Przecież dziś rano był pogrzeb. Chyba nie rozumiem.
- Dla mnie również było to trudne do przetrawienia i pomimo tego jak bardzo się cieszę z tej wiadomości, może ona wywołać skandal. W jutrzejszym proroku z pewnością ukaże się artykuł o samobójstwie na terenie szkoły, podczas gdy do takowego nie doszło. Wielu rodziców na pewno będzie nie zadowolonych z faktu w jakim otoczeniu przebywają ich dzieci.
- Hm, wszystko pięknie Minerwo, ale co się stało z panną Granger? - odezwał się Flitwick.
- Żyje Filiusie. Trafiłam na nią przypadkiem tego ranka. Odesłałam ją razem z panem Potter'em do skrzydła szpitalnego. Albus twierdzi, że chłopak użył Zmieniacza Czasu.
- To było niezwykle ryzykowne. Jak mu się to udało bez zmiany biegu wydarzeń? - dopytywała się Hooch.
- Niestety, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Myślę jednak, że wszyscy się zgadzamy, iż wyczyn pana Potter'a był wybitny.
Nauczyciele pokiwali zgodnie głowami. Z jednym wyjątkiem.
Snape prychnął.
- Oczywiście, święty Potter. Wybraniec. Bo kto inny jak nie on mógł dokonać czegoś takiego? - zakpił. Wstał od stołu zły jak wszyscy diabli i wyszedł z pomieszczenia, trzaskając głośno drzwiami.
Nauczyciele popatrzyli po sobie ze zdziwieniem. O co tym razem chodziło Mistrzowi Eliksirów?
Nie minęła minuta, jak przez drzwi do pomieszczenia weszła pani Pomfrey.
- Oh, Poppy dobrze, że jesteś. Co z dziewczyną? - spytała McGonagal.
- Wszystko dobrze. Jest trochę zmęczona ale to normalne. - odpowiedziała pielęgniarka.
- Wiesz coś o tym jak panu Potter'owi udało się ją ocalić? - spytała Sprout. - Albus nic więcej nie powiedział, oprócz wzmianki o Zmieniaczu Czasu.
- Oh, tak. Pan Potter wspomniał coś o Wywarze Żywej Śmierci. Ponoć podał antidotum dziś rano. Podejrzewam, że Severus maczał w tym palce.
- Severus? - zdziwiła się Vector. - Czemu miałby pomagać panu Potter'owi? Nienawidzą się.
- Cóż, co by nie było panna Granger żyje, a my musimy uporać się z uczniami, którzy z pewnością będą chcieli wiedzieć jak najwięcej na ten temat. Albus przemówi do nich podczas kolacji. Miejmy tylko nadzieję, że do Rity Skitter nie dotrze informacja o ostatnich wydarzeniach. - rzekła zastępczyni dyrektora, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to graniczyłoby z cudem.