poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Rozdział VIII



Hey ;3

Rozdział miał być wrzucony wczoraj ale szalały takie burze, że bałam się włączyć komputer.
Nie szczególnie podoba mi się to co napisałam, ale oddaję do waszej dyspozycji. Miłej lektury ;*
[Komentujcie! Nawet jeśli wstawicie kropkę w komentarzach na dole, będzie to dla mnie dużo znaczyć.]

~Morsmorde

Rozdział 8

   
   Dumbledore siedział w swoim ulubionym fotelu za biurkiem i popijał owocową herbatkę.

Z lekkim uśmiechem na twarzy patrzył jak magia spowrotem doprowadza jego gabinet do stanu urzywalności.
Więc jednak się nie pomylił. Chłopak naprawdę czuje coś do tej dziewczyny. 
Kto by pomyślał... 
Jego uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej gdy po pół-godzinie do gabinetu wpadła jego zastępczyni. Naprawdę rzadko zdarzało mu się widzieć tę kobietę bladą i zdyszaną od biegu.

- Profesor McGonagal? Czy coś się stało? - spytał uprzejmie.

- Tak, Albusie! Wyszłam na błonia, akurat miałam przerwę w zajęciach i nie zgadniesz kogo tam spotkałam! - dyrektor uniusł lekko brwi - Pannę Granger!

- Naprawdę? - Dumbledore udał zaskoczenie. - To doprawdy niezwykłe.

Nauczycielka transmutacji spojrzała na niego uważnie.

- Wiedziałeś, tak? - rzekła po chwili oskarżycielsko.

- Owszem. - w oczach dyrektora zalśniły złote iskierki.

- Jak?

- Zdaje się, że to ty sama przekazałaś pannie Granger Zmieniacz Czasu. Wygląda na to, że dobrze sie stało. - odpowiedział dyrektor z uśmiechem. - Byłbym wdzięczny gdybyś powiadomiła resztę grona pedagogicznego. - wciąż oniemiała profesorka kiwnęła głową - Gdzie teraz jest panna Granger?

- Wraz z panem Potter'em udali sie do skrzydła szpitalnego. Poleciłam im aby użyli peleryny niewidki. Nie wiadomo jaka byłaby reakcja pozostałych studentów na widok dziewczyny.

- Bardzo dobrze. Dziś podczas kolacji przemówię do uczniów aby wszystkim wyjaśnić tę sytuację.

- Jak zamierzasz im to wytłumaczyć? Przecież dziś rano uczestniczyli w pogrzebie! - zbulwersowała się opiekunka Gryfonów.

- Zostaw to mnie, Minerwo.

~.oOo.~


   - Pani Pomfrey - zawołał Harry, wychodząc spod peleryny niewidki.

Gdy tylko McGonagal się ocknęła, kazała im udać się do skrzydła szpitalnego, a sama pognała do gabinetu dyrektora. Kto by pomyślał, że ta kobieta ma tyle energii.

- Oh! Na miłość Boską, panie Potter! Co pan wyprawia?! - krzyknęła pielęgniarka, zaskoczona nagłym pojawieniem się ucznia.

- Przepraszam - zreflektował się

- No, już lepiej. Co cię do mnie sprowadza? Mam nadzieję, że nic poważnego?

Harry zawahał się przez chwilę, po czym zdjął magiczny płaszcz również z Hermiony.

- Na Merlina! Panna Granger?! - pielęgniarka wpatrywała się z niedowierzaniem w dziewczynę. - Przecież...- zaczęła rzucać na dziewczynę zaklęcia skanujące. - To niemożliwe... - spojrzała pytająco na Złotego Chłopca.

- Zaraz po tym... prof... eee... - zająknął się Harry - Podałem jej wywar żywej śmierci. A godzinę temu antidotum. Przyszliśmy sprawdzić czy wszystko poszło dobrze.

Pomfrey spojrzała na niego surowo.

- Chcesz mi powiedzieć, że oszukaliście zarówno mnie jaki i resztę uczniów oraz nauczycieli? - rzekła z furią.

- T-tak... Tak jakby. - przyznał chłopak z lekką skruchą.

Pielęgniarka spiorunowała go wzrokiem.
Po chwili jednak odzyskała swój profesjonalizm.

- No już, panno Granger proszę tutaj podejść. - zaprowadziła wciąż skołowaną dziewczynę do szafki, z której wyjęła fiolkę z pomarańczowym płynem. - To eliksir wzmacniający.

Hermiona podniosła naczynie do ust i wypiła jednym haustem. Skrzywiła się lekko ale odrazu poczuła przypływ energii.

- Nie może się przemęczać. Niech dzisiaj odpocznie, a na zajęcia może iść w poniedziałek. Jeśli oczywiście dyrektor wyrazi zgodę.

- Dziękujemy. - rzekł Harry

- Potter.

- Tak?

- Nie życzę sobie więcej takich numerów. Czy to jasne?

- Tak jest. - obiecał po czym chwycił dziewczynę za rękę i wyprowadził z pomieszczenia.

- Harry... O co chodziło z tym eliksirem? - spytała gryfonka gdy byli już na korytarzu.

Wciąż była lekko skołowana. Dopiero co obudziła się na błoniach, a Harry odrazu zaciągną ją tutaj. - Nic nie pamiętam.

- Hermiono, miałaś odpoczywać. Może chodźmy do dormitorium i wtedy porozmawiamy. - zaproponował Wybraniec.

- Nie przesadzaj, nic mi nie jest. - odpowiedział dziewczyna, jednak widząc nieugięte spojrzenie chłopaka, dodała - No dobrze. Chodźmy do mojego pokoju.


~.oOo.~


- No, więc o co chodzi? - ponagliła gryfona, gdy położyła się już wygodnie na łóżku.

Wybraniec usiadł obok, na materacu.

- Eh... Hermiono... To nie jest takie proste. Nie chcę żeby to się powtórzyło. Ta sytuacja... - plątał się. - Obiecaj, że nie ważne co teraz powiem, nie zrobisz tego znowu.

- Czego nie zrobię, Harry?

- Ty... Ty nie... Po prostu obiecaj. - spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.

- Dobrze - powiedziała ostrożnie dziewczyna.

- Ty... Chciałaś się zabić... Zrobiłaś to, prawie - urwał widząc wyraz twarzy przyjaciółki - Snape... Ja cofnąłem się w czasie i po tym jak skoczyłaś do jeziora podałem ci ten eliksir, żeby mogli cię zabrać. Po pogrz... To znaczy... potem dostałaś antidotum. Co było dalej chyba pamiętasz.

- Jakoś trudno uwierzyć w to co mówisz. - odezwała się dzoiewczyna, po chwili milczenia. - Dlaczego miałabym zrobić coś takiego?

- Bo... Jest jedna rzecz... Twoi rodzice.

- Hm? Co z nimi?

- Oni nie żyją. Przynajmniej tak twierdzi Dumbledor.

- Co? - Hermiona zbladła widocznie. - O czym ty mówisz, Harry?

- To podobno były Walkirie. Ten zakon. Tak mi przykro, Miona. - dodał.

Gryfonka miała uczucie de-ja-vú.
Teraz sobie przypomniała.

Rozpacz. Pustka. Chłód. Woda. Skok. Ból. Ciemność. Harry.

Zaczęła ją boleć głowa. Zdała sobie sprawę, że jej policzki są mokre od łez.
Szloch wydarł się jej z gardła. Nieświadomie przylgnęła do chłopaka.
Ten przytulił ją mocno.

- Dasz radę Miona. Poradzisz sobie z tym. Będę przy tobie.

Odpowiedziała mu cisza.

~.oOo.~


   Pokój nauczycielski wypełniały szmery rozmów.
Każdy z profesorów dostał pilną sowę z zawiadomieniem o spotkaniu.
Nikt nie wiedział o co chodziło, niektórzy domyślali się tylko, że miało to prawdopodobnie związek z ostatnimi wydarzeniami. No, prawie nikt.
Snape siedział na swoim miejscu z kpiącym uśmieszkiem obserwując całe zamieszanie.

- Zapewne zastanawiacie się, dlaczego was tutaj zgromadziłam. - rzekła McGonagal wchodząc do pomieszczenia. - Ostatnie wydarzenia były szczególnie trudne dla nas wszystkich. Jednak mam wam do przekazania ważną wiadomość. Otóż panna Granger - kilku nauczycieli westchnęło ze smutkiem - żyje. - dokończyła opiekunka gryfonów.

W pomieszczeniu zapadła cisza.

- Słucham? - odezwała się po chwili profesor Vector. - Przecież dziś rano był pogrzeb. Chyba nie rozumiem.

- Dla mnie również było to trudne do przetrawienia i pomimo tego jak bardzo się cieszę z tej wiadomości, może ona wywołać skandal. W jutrzejszym proroku z pewnością ukaże się artykuł o samobójstwie na terenie szkoły, podczas gdy do takowego nie doszło. Wielu rodziców na pewno będzie nie zadowolonych z faktu w jakim otoczeniu przebywają ich dzieci.

- Hm, wszystko pięknie Minerwo, ale co się stało z panną Granger? - odezwał się Flitwick.

- Żyje Filiusie. Trafiłam na nią przypadkiem tego ranka. Odesłałam ją razem z panem Potter'em do skrzydła szpitalnego. Albus twierdzi, że chłopak użył Zmieniacza Czasu.

- To było niezwykle ryzykowne. Jak mu się to udało bez zmiany biegu wydarzeń? - dopytywała się Hooch.

- Niestety, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Myślę jednak, że wszyscy się zgadzamy, iż wyczyn pana Potter'a był wybitny.

Nauczyciele pokiwali zgodnie głowami. Z jednym wyjątkiem.
Snape prychnął.

- Oczywiście, święty Potter. Wybraniec. Bo kto inny jak nie on mógł dokonać czegoś takiego? - zakpił. Wstał od stołu zły jak wszyscy diabli i wyszedł z pomieszczenia, trzaskając głośno drzwiami.

Nauczyciele popatrzyli po sobie ze zdziwieniem. O co tym razem chodziło Mistrzowi Eliksirów?
Nie minęła minuta, jak przez drzwi do pomieszczenia weszła pani Pomfrey.

- Oh, Poppy dobrze, że jesteś. Co z dziewczyną? - spytała McGonagal.

- Wszystko dobrze. Jest trochę zmęczona ale to normalne. - odpowiedziała pielęgniarka.

- Wiesz coś o tym jak panu Potter'owi udało się ją ocalić? - spytała Sprout. - Albus nic więcej nie powiedział, oprócz wzmianki o Zmieniaczu Czasu.

- Oh, tak. Pan Potter wspomniał coś o Wywarze Żywej Śmierci. Ponoć podał antidotum dziś rano. Podejrzewam, że Severus maczał w tym palce.

- Severus? - zdziwiła się Vector. - Czemu miałby pomagać panu Potter'owi? Nienawidzą się.

- Cóż, co by nie było panna Granger żyje, a my musimy uporać się z uczniami, którzy z pewnością będą chcieli wiedzieć jak najwięcej na ten temat. Albus przemówi do nich podczas kolacji. Miejmy tylko nadzieję, że do Rity Skitter nie dotrze informacja o ostatnich wydarzeniach. - rzekła zastępczyni dyrektora, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to graniczyłoby z cudem.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział VII

Hey ;d
Rozdział miał być wczoraj, niestety nie mam dostępu do komputera i pisałam go na telefonie, stąd opóźnienie.
Mam nadzieję, że nie będzie błędów. Wszystko poprawię kiedy dorwę się do komputera. Tymczasem zapraszam do lektury ;3

~Morsmorde

Rozdział 7


    Wybraniec z przerażeniem wpatrywał się w stojącą przed nim postać.

- Ciekawa i zaskakująca rzecz - Czas. Prawda, panie Potter? - odezwał się Mistrz Eliksirów.

- Ja... Nie wiem o czym pan mówi, profesorze. - Harry postanowił grać na zwłokę. Może Snape się nabierze i uwierzy, że nie tego Pottera szukał.

- Jak to brzmi - westchnął w myślach Gryfon - ktoś naprawde powinien mnie przebadać.

- Och nie bredź Potter! Widziałem jak wybiegasz od Fariares'a. Swoją drogą, czyś ty kompletnie zdurniał?! Nikt nie może cię widzieć! I czemu twoje ubranie jest mokre? Czyżbyś zapomniał gdzie jest toaleta, Potter? - dodał kąśliwie.

To otrzeźwiło Gryfona.
 Zacisnął ze złością zęby i nie zważając więcej na obelgi, wyciągnął pojemnik z kieszeni.

- Profesorze, może mi pan powiedzieć co to jest? 

- Mydelniczka, Potter. - Mistrz Eliksirów uśmiechnął sie kpiąco. Już miał cos dodać gdy chłopak mu przerwał. 

- Nie! Pytam co to za eliksir. - otworzył pojemnik. - profesor Fariares dał mi herbatę. Coś w niej było. Ale nie wiem jaka to mikstura...

- Oczywiście, że nie wiesz Potter. Nigdy nie uważałeś na moich zajęciach. - wziął od Gryfona pudełko i powąchał. Po chwili  na jego twarzy zagościł krzywy uśmieszek. - Tyle razy próbowano ci podać ten eliksir, a ty dalej go nie rozpoznajesz? Eh... Potter, dno.

- Może gdybyś nie był taki wredny na swoich zajęciach, więcej bym umiał! - wzburzył sie Harry.

- Panuj nad sobą! Nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na 'ty'. 

- Mam to gdzieś! - Cała frustracja z ostatnich dni wezbrała w Gryfonie. - Mam to gdzieś, Snape! Wali mnie to! Odkąd skończyłem pieprzone jedenaście lat ludzie śledzili każdy mój ruch, znali każdy aspekt życia Chłopca-Który-Kurwa-Przeżył! Potem pojawił sie Voldemort i cały czarodziejski świat schował się w swoich norach, patrząc na Wybrańca, który miał uratować ich tyłki. Nie interesowało ich że miał tylko 15 cholernych lat! Ale zrobiłem to! Zabiłem Tego, którego imienia nie wolno wymawiać! Myślałem, że wreszcie będę mieć spokój. - uśmiechnął się bez wesołości - Ale nie. Pojawiły się jakieś pieprzone Walkirie, które postawiły sobie za cel zepsuć mi resztę życia. Pokłóciłem się z Ron'em, a moja najlepsza przyjaciółka popełniła samobójstwo. Cofam sie w czasie żeby ją uratować, a ty kurwa się tu zjawiasz i mówisz mi, żebym   nad sobą panował?! Jaja sobie ze mnie robisz?! - oddychał ciężko, a serce waliło mu jak młotem. Nie miał już siły. Usiadł na ziemi i oparł sie zrezygnowany o ścianę. - Zabij mnie Snape. - wymamrotał - Mam dosyć tego pieprzonego świata.

Mistrz Eliksirów przypatrywał mu się z zainteresowaniem. Tyle lat marzył o tym aby zobaczyć tego chłopaka w takim stanie.
 Z drugiej strony, dzieciak nie mógł sie załamać, był Wybrańcem. 
Skrzywił się na wspomnienie tego tytułu. 
Niesamowite jaką sławę może spowodować jedna blizna. Sam miał ich wiele. Pamiątki po spotkaniach z Czarnym Panem.

- Jeśli zginiesz, nie uratujesz już swojej przyjaciółki. - odrzekł spokojnie. Pokpi z niego później. Teraz nie ma na to czasu. Kiedy nie doczekał się reakcji, dodał. - Nikt nigdy nie powiedział, że życie będzie kolorowe Potter. - Kto by pomyślał, że będzie robił za Gryfońskiego psychologa. Prychnął zirytowany. - Jeśli chcesz sie nad sobą użalać, to nie przy mnie. Mam ciekawsze zajęcia. - rzucił mu pod nogi Zmieniać Czasu. - Mam nadzieję, że nie będę musiał znów ratować twojego drogocennego tyłka Potter. - zakpił, po czym rzucił na siebie zaklęcie kameleona i odszedł korytarzem.

Harry siedział tak jeszcze kilka minut. 
Dopiero kiedy dotarło do niego, że ktoś może go zobaczyć, postanowił się ruszyć.
Korzystając z okazji, że trwały zajęcia przekradł sie do Wierzy Gryffindor'u po pelerynę niewidkę i mapę Huncwotów.
Przeszedł na główny hall, tym razem pod magicznym płaszczem.
Zastanowił się chwilę po czym wyszedł na zewnątrz i skierował się blisko miejsca gdzie Hermiona skoczyła ze skał.
Postanowił poczekać na przyjaciółkę kilka godzin, w ukryciu. 
Dopiero po chwili dotarło do niego, że Mistrz Eliksirów nie odpowiedział na jego pytanie.

- Świetnie. - warknął. - Nie wiem nawet czym chciał mnie otruć ten facet. Dodatkowo zbłaźniłem się przed Snape'em. Super. - Usłyszał głośny grzmot tuż nad głową. Po chwili zaczął padać deszcz, całkowicie mocząc ubranie Złotego chłopca. - Ten dzień zapowiada się coraz lepiej. - mruknął zrezygnowany.

  ~.oOo.~

Kilka godzin później obudził go trzask łamanej gałęzi. Nawet nie zauważył kiedy zasnął. Przestało padać, a na dworze było już ciemno.
Podniósł wzrok.

- Oczywiście - sarknął w myślach. - Kto inny mógłby przyjść?

- To znowu pan. - rzekł na głos.

- To chyba oczywiste. Ktoś musi pilnować twojego tyłka, Potter. - odezwał się chłodno Snape. Po chwili jego twarz przeciął krzywy uśmieszek. - Zmokłeś, Potter? Już zapomniałeś jaka dziś była pogoda? Z taką amnezją to cud, że pamiętasz aby nosić ubranie na sobie. - zakpił.

Harry zacisnął zęby. No bo co miałby niby powiedzieć? Rzeczywiści zapomniał. Chcąc wybrnąć z sytuacji, spytał:
- Więc co to był za eliksir?

- Veritaserum. Ale powiedz mi Potter, co chciał wiedzieć Fariares?

- Pytał o Hermionę. O jej rodzinę. - popatrzył na profesora.

Mistrz Eliksirów miał nieczytelny wyraz twarzy.
Stali tam przez kilka minut, gdy nagle ciszę przeciął stukot czyichś kroków.
Momentalnie odwrócili się w tamtą stronę.
To była Hermiona. 
Jako że stali za dosyć rozłożystym krzewem, nie mogła ich zobaczyć.
Wspięła się na skały i stanęła na krawędzi klifu.
Gdy przysunęła się bliżej krawędzi, Harry wyrwał sie do przodu aby nie dopuścić jej do skoku.
Przeszkodziła mu w tym jednak silna ręka, która złapała go za nadgarstek.

- Co ty robisz?! - warknął na Snape'a - Puszczaj!

- Uspokój się Potter. Nie możesz jej pomóc teraz. Musi skoczyć bo inaczej  zaburzysz bieg wydarzeń.

- Mam gdzieś bieg wydarzeń! - krzyknął, jednak w tym momencie usłyszeli głośny plusk i hałas wody uderzającej o skały. - Hermiona! - krzyknął.

- Cicho Potter! Szybko wlej jej to do ust i dopilnuj żeby przełknęła - podał Gryfonowi fiolkę z eliksirem - Szybko!

Wybraniec wyrwał sie do przodu. Odrazu znalazł dziewczynę. Wyglądała tak samo jak wtedy gdy ją znaleźli...

- Zaraz, co?! - Zaklął szpetnie. 

Przecież on i Snape za chilę tu będą. Nie miał ani chwili do stracenia. Pochylił sie nad Hermioną i wlał jej do ust eliksir. Pomasował gardło aby przełknęła, przez chwilę rozkoszując sie dotykiem jej gładkiej skóry i wycofał sie szybko. W ostatniej chwili zdążył się ukryć. 

Usłyszał tupot kroków i po chwili zobaczył siebie i Mistrza Eliksirów podnoszących Gryfonkę i bez słowa transportujących ją do zamku.

Odetchnął gdy dwie postacie znalazły się poza zasięgiem wzroku.

- W ostatniej chwili Potter. - skomentował jego wyczyn Snape.

- Co to było tym razem?

- Wywar żywej śmierci. - odpowiedział spokojnie profesor.

- Co?! Zabiłeś ją?!

Snape westchnął teatralnie.

- Nie, Potter. To jest wywar ŻYWEJ śmierci. Obudzi się gdy podam antidotum.

- Ale jak to się ma do ratowania jej? - spytał chłopak, nieco uspokojony.

- Gryfoni... - mruknął Snape. - Mikstura wprowadziła ją w stan, w którym nie wykazuje żadnych funkcji życiowych, więc wszyscy pomyślą, że nie żyje. Łącznie z Pomfrey - dodał uprzedzając pytanie Gryfona. - Po pogrzebie wyjmiesz ją z trumny i podasz antidotum. Odczekacie godzinę, aby twoja wersja z przeszłości zdążyła użyć zmieniacza i wrócicie do zamku. W między czasie możecie porozmawiać na te ckliwe tematy. - zakpił.

- To całkiem dobry plan... - przemknęło Gryfonowi przez myśl gdy zadawał kolejne pytanie:
- Pani Pomfrey domyśli się, że Miona jest pod działaniem eliksiru, przecież to pielęgniarka.

Snape popatrzył na niego krzywo. Gdyby Harry znał go lepiej, wiedziałby, że mężczyzna poczuł się tym urażony.
- Potter, nie wiem czy pamiętasz ale jestem Mistrzem Eliksirów. Potrafię uważać miksturę, której nie da się wykryć, zwłaszcza w tak krótkim czasie od podania. Dopiero po kilku dniach mogłyby pojawić się pewne oznaki jej działania. - wyjaśnił.

- Yhym. - mruknął Wybraniec. - Skoro mam czekać do jutra rana, to chyba muszę gdzieś spać, prawda?

- Schowaj sie pod tym cholernym płaszczem.

- A pan? - spytał chłopak. Właściwie niezbyt go obchodziło gdzie spędzi tę noc nietoperz, na pewno znajdzie sobie jakąś salę tortur w lochach. Był po prostu ciekawy co przez tyle czasu zamierza robić Snape.
- To już nie twoja sprawa, Potter. - warknął profesor. - Uważaj żeby nikt cię nie widział.

- Jasne.

- Tu masz antidotum. Podaj tak samo jak wcześniej. - rzekł były śmierciożerca, po czym oddalił sie szybkim krokiem.

Po chwili Harry był już sam. 
Nie wiele myśląc, rzucił na siebie czar ogrzewający i zakryty peleryną ułożył się wygodnie na trawie między skałami.
Zasnął po kilku minutach.

   ~.oOo.~

Kiedy przekradał się przez błonia, wciąż przykryty magicznym płaszczem, słońce stało już wysoko. 
Według jego obliczeń miał około godziny czasu. 
Biały grub z daleka rzucał się w oczy.
Podszedł do lekkiego wzniesienia.
Uniósł pokrywę zaklęciem i zbliżył się do nagrobka. Tym razem ujrzał przyjaciółkę na czerwonym postumencie. Pojedyncza łza spłynęła po jego policzku gdy wyciągał Hermionę. 
Kiedy ta leżała już bezpiecznie na trawie, odłożył pokrywę na miejsce.
Wziął dziewczynę na ręce i ruszył szybkim krokiem w stronę swojej poprzedniej kryjówki. Wiedział, że niedługo przyjdzie tu jego przeszła wersja.
Gdy dotarł na miejsce, delikatnie ułożył Gryfonkę na murawie.
Wyciągnął z kieszeni szaty antidotum i zawahał się, gdy jego ręka dotknęła twarzy dziewczyny.

Wyglądała tak spokojnie gdy spała. Pani Pomfrey wyleczyła wszystkie rany i siniaki, więc nic nie szpeciło jej skóry. Harry przyglądał się tej lekko zaróżowionej skórze. Przesunął po niej palcem. Była taka delikatna i gładka. Idealna.
Gryfonka była naprawde ładna. Szczupła z tymi orzechowymi oczami i (teraz już ujarzmionymi) kręconymi włosami. Oczywiście Harry'emu imponowała również inteligencja dziewczyny i charakter. Nigdy się nie poddawała i walczyła o lepszy byt innych. Uśmiechną się na wspomnienie o organizacji WESZ.
Dziwne, że dopiero teraz zdał sobie sprawę jak wiele ta dziewczyna dla niego znaczy. 
Wcześniej zawsze myślał o niej z Ron'em. Teraz dopiero widział jak bardzo niedopasowany był ich związek. Zastanowił się czy gdyby to on od początku był z Hermioną, to byliby teraz w takiej sytuacji.

- Pewnie nie. - mruknął. Szkoda, że  tak zawiódł się na Ron'nie. Już zaczynało mu brakować przyjaciela. 

Z tych rozmyślań wyrwało go pojawienie się skrzata domowego i towarzyszące temu ciche "pop".
Uśmiechnął się lekko gdy rozpoznał stworzenie.

- Cześć Zgredku. - przywitał się. Skrzat miał na sobie dwie różnokolorowe skarpety i jasnoniebieski, przydługi sweter. - Coś się stało?

- Dzień dobry Harry Potter, sir. Zgredek nie chce przeszkadzać paniczowi ale profesor Snape wezwał Zgredka i kazał mu przekazać Harry'emu Potter'owi, że panicz Harry ma jak najszybciej podać antidotum bo inaczej mogą pojawić się komplikacje. Zgredek nie wie co ma o tym myśleć Harry Potter, sir. - powiedział skrzat jak zwykle używając trzeciej formy.

- Dziękuję Zgredku. Jeśli to wszystko to jesteś wolny.

- Oczywiście Harry Potter, sir. Gdyby Zgredek był potrzebny, proszę wezwać Zgredka. Zgredek jest wolnym skrzatem ale dla pana Harry'ego Potter'a zrobi wszystko. - to powiedziawszy zniknął, tak jak się pojawił z cichym "pop".

Gryfon pokręcił lekko głowa na to wyznanie i wspominając słowa Snape'a, szybko wlał miksturę do ust przyjaciółki. Potarł jej gardło aby przełknęła i usiadł obok, czekając aż ta się obudzi.

Po kilku minutach usłyszał stłumione kaszlnięcie, potem drugie. Odwrócił się w stronę dziewczyny i obserwował jak ta się podnosi do siadu.

- Harry...? - Hermioną popatrzyła na niego zdezorientowana. - Co się stało? Miałam okropny sen... - nie dokończyła bo chłopak złapał ją w mocnym uścisku.
 Zaskoczona objęła przyjaciela, a gdy ten się odsunął, spytała. - Ale gdzie my właściwie jesteśmy? 
Wybraniec, pomimo ogromnej radości z odzyskania przyjaciółki, uśmiechnął sie smutno. 

- Hermiono... - zaczął nie pewnie.

- A co to za schadzka, hm? - dobiegł ich dobrze znany im głos. Z za zasłaniających ich roślin wyłoniła się ich opiekunka. - Dobrze wiecie, że nie wolno wam sie tak bardzo oddalać od zamku, zwłaszcza w czasie... - zacięła się gdy jej wzrok padł na Hermionę. - Dobry Boże... - jej oczy urosły do nienaturalnych rozmiarów. Zbladła.
 Z otwartymi ustami przyglądała się dwójce siedzących przed nią Gryfonów, po czym chwyciła się za głowę i upadła na ziemię.
 Straciła przytomność.

piątek, 31 lipca 2015

Rozdział VI

Tak jak mówiłam już wcześniej, nowe rozdziały pojawią się w ten weekend
Zapraszam do komentowania!
Miłego czytania,
~Morsmorde
Rozdział 6

- Wejść.
Ostrożnie otworzył ciężkie drewniane drzwi. Pomieszczenie było nieduże, a mimo to z góry do dołu wypełnione książkami i składnikami eliksirów. Mahoniowe biurko stojące po środku pokoju, zawalone było stosami pergaminów, które zapewne były sprawdzianami któregoś rocznika. Jednak sądząc po natężeniu czerwieni na kartkach, Harry wątpił aby poszły im dobrze. Za biurkiem siedział Snape, bazgrząc coś atramentem.
- Wejdziesz czy będziesz tak stać w drzwiach? - uniósł wzrok znad pergaminów, spodziewając się ujrzeć któregoś ze Ślizgonów, opcjonalnie Albus, jednak gdy zobaczył swojego gościa, otworzył usta ze zdziwienia. Ale tylko na chwilę. Zamknął je i przybrał swój kpiący wyraz twarzy.
- Czego chcesz, Potter? Jeśli chodzi o twój egzamin... - uśmiechnął się wrednie - to nie zasłużyłeś nawet na T. Jak widać poziom twojej inteligencji, jeśli w ogóle takową posiadasz, nie przekracza stopnia jakim mogą poszczycić się trolle.
Słowa profesora nie zrobiły teraz na Harry'm większego wrażenia. Może w innych okolicznościach zareagowałby złością ale w tym momencie miał większy problem.
- Nie, profesorze. Przyszedłem prosić o ... - nie był w stanie tego wymówić. Była jeszcze możliwość się wycofać. Przed oczami pojawił mu się paradoksalny obraz Snape'a w koszulce wolontariusza.
- O...? - och Potter skup się! - No wykrztusisz to z siebie? Jesteś żałosny Potter.
- Przyszedłem prosić o pomoc. - wypalił na jednym wdechu. Snape natychmiast ukrył wyraz zaskoczenia pod maską obojętności, jednak jego oczy patrzyły na Harry'ego dziwnym wzrokiem.
- Jesteś samobójcą, Potter? - powiedział w końcu, uważnie lustrując go spojrzeniem. - Jak widać u Gryfonów to norma - dodał po chwili, uśmiechając się wrednie. - Jeśli chcesz się komuś wypłakać, to idź do swojej opiekunki, ostatnio ma w tym wprawę. Ja nie mam czasu na zabawę w psychologa.
- Profesorze - odezwał się Harry, starając się zapanować nad ogarniającą go frustracją - to ważne. - przełknął nerwowo ślinę - zastanawiałem się czy nie mógłby mi pan odpowiedzieć na kilka pytań. Chodzi o Hermionę. - To mówiąc wyciągnął zmieniacz czasu.
Zerknął na nauczyciela i jak bardzo zdziwił się, widząc czyste niedowierzanie na jego bladej twarzy.
- Potter, to nie zadziała... - zaczął Snape nad wyraz spokojnym tonem, jednak nie dokończył. - Ale oświeć mnie, czemu przychodzisz akurat do mnie? Czyżby nasz kochany dyrektor, poskąpił wyjaśnień wybrańcowi? - wyraz jego twarzy diametralnie się zmienił.
- Nie. Ale mógłby mnie pan oświecić - użył tego samego kpiącego tonu - dlaczego wyżywa się pan na tym biednym piórze...?
Rzeczywiście, Snape ściskał trzymane w ręce pióro tak mocno, że wygięło się pod nienaturalnym kontem.
- Potter! Minus 10pkt od Gryffindor'u! - jego oczy pobłyskiwały niebezpiecznie. - Idź do dormitorium i zajmij się nauką, może coś ci zostanie w tym tępym łbie!
- Dobrze! - nie zważał już w jaki sposób zwraca się, bądź co bądź, do nauczyciela. - Sam sobie poradzę.
Ruszył wściekły w  kierunku drzwi. Już sięgał po klamkę, gdy poczuł jak przez jego ciało przechodzi prąd. Szybko cofnął rękę. Wrażenie ustąpiło. Spróbował znowu i ponownie poczuł tę energię. Jakby ostrzeżenie. Wzruszył ramionami i nacisnął klamkę. Natychmiast tego pożałował. Energia przepływająca przez jego ciało odrzuciła go w tył, tak, że uderzył całym ciałem w powierzchnię biurka. Jeszcze bardziej wściekły, wstał pocierając obolałe ramię i spoglądając na równie wściekłego Snape'a .
- Potter! Siadaj.
Usiadł. Nie miał siły na kłótnie, teraz liczyła się tylko Hermiona. Nawet nie zauważył kiedy zaczęło mu na niej tak bardzo zależeć. Och, przecież była jego przyjaciółką! Ale czy na pewno..? Coś się między nimi zmieniło. Teraz kiedy o niej myślał nie kojarzył jej z Ron'em, tak jak kiedyś. Zaczął postrzegać ją jako inną osobę. Wyobraził sobie ją jako...
-Potter! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! - dopiero teraz dotarło do niego, że od dłuższej chwili Snape coś do niego mówi.
- Przepraszam - bąknął.
- Wracając do tematu. Potter, rozumiem, że chcesz zapobiec tragedii jaka dotknęła ten zamek, - powiedział to takim tonem jakby ta go nie dotyczyła - jednak pogódź się z tym, że tego się NIE DA zrobić.
- Wszystko można zrobić! A nawet jeśli nie, to od czego do jasnej cholery jest magia?! - nie wytrzymał.
- Język Potter! - syknął Snape. - Dobrze, skoro jesteś taki mądry to powiedz co chcesz zrobić, hm? Oczywiście poza złamaniem połowy zasad. To na szczęście nie stanowi dla ciebie problemu. 
- Cofnąć się w czasie i uratować Hermionę. - odparł bez zastanowienia.
- Jak chcesz tego dokonać? Potter, to nie jest takie proste. Pamiętasz tę noc kiedy to się stało? Nigdzie nie było nawet żywej duszy. Gdyby twój szalony pomysł miał się powieść to dzisiaj rano nie musielibyśmy tkwić na pogrzebie. - Harry wreszcie zrozumiał o ci chodziło Snape'owi.
Posmutniał. Nie mógł pomóc Hermionie, bo nie zrobił tego w przeszłości (a może przyszłości?), o czym mógł się przekonać tej nieszczęsnej nocy, gdy Hermiona skoczyła do jeziora. To było zbyt skomplikowane.
Wyszedł z gabinetu z opuszczonymi ramionami. Przeszedł przez lochy i dotarł do hall'u.
Na dworze było już ciemno. Wpatrywał się przez chwilę w gwiazdy. Pomyślał o tym, że może gdzieś daleko stąd Hermiona również się w nie wpatruje. Postanowił wybrać się na spacer po błoniach.
Zimny nocny wiatr chlastał go po każdym odsłoniętym kawałku skóry. Nie przeszkadzał mu, wręcz przeciwnie, pomagał zapomnieć o bólu i skupić się na potrzebach fizycznych.
Pogrążony w myślach, nawet nie zauważył gdy doszedł do lekkiego wzniesienia, tuż przy jeziorze, gdzie stał nagrobek z białego kamienia. Podszedł bliżej i dotknął ręką jasnej płyty. Była jeszcze zimniejsza niż otoczenie. Zastanawiał się czy ciało dziewczyny jest równie zimne.
Nagle wpadł na dziwny i dziecinny w jego mniemaniu pomysł. Śmierć zmusza ludzi do różnych, często głupich rzeczy, a on zapragną ponownie zobaczyć Hermionę. Choćby po raz ostatni.
Popatrzył na ciężką płytę zakrywającą wnętrze grobowca. Sam nie mógłby jej podnieść, więc wyciągnął różdżkę, cofnął się kilka kroków i powiedział:
- Vingardium Leviosa! - Kamienna płyta zsunęła się na trawę.
Harry spodziewał się zobaczyć trumnę albo samo ciało na postumencie, jak często chowani byli czarodzieje. Jednak nie.
Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu odkrył, że grób był... Pusty.
~.oOo.~
Biegł najszybciej jak potrafił w stronę zamku. Myśli przelatywały przez jego głowę w zastraszającym tempie. Więc jednak się udało! Uratował Hermionę, choć nie miał pojęcia jak. To jednak nie miało znaczenia, skoro wiedział już, że tego dokonał to w czym problem?
Dotarł do mostu prowadzącego na zamek. Wszedł na niego i ukrył się między skalnymi ścianami. Wyjął z kieszeni zmieniacz czasu i nałożył go na szyję. Przekręcił kilkanaście razy, kiedy powietrze wokół zawirowało. Przez chwilę nie mógł oddychać, a w następnej stał już w pełnym słońcu na błoniach. Raziło go w oczy.
Usiadł. Uspokoił oddech i starał się pomyśleć.
Wczoraj o tej porze był na zajęciach. Hermiona była wściekła na Ron'a. To znaczy, że o śmierci rodziców dowie się dopiero wieczorem.
Odetchną. Miał jeszcze kilka godzin na wmyślenie jakiegoś sensownego planu. Musiał teraz wszystkich unikać żeby nie sprowadzić na siebie podejrzeń. W takim razie musi znaleźć kryjówkę.
Już miał wstać, kiedy nagle padł na niego długi cień.
~.oOo.~
- O, pan Potter. - usłyszał głos profesora Fariares'a. - Nie powinieneś być teraz na zajęciach?
- Emm... Ja... - dukał. - ... źle się poczułem i musiałem wyjść na świeże powietrze. - wymyślił na poczekaniu.
- Ach, rozumiem. Skoro zostało już i tak tylko 10 minut do dzwonka, to może wpadł byś do mnie na herbatkę?
- Emm... Dobrze. - nie widział innej możliwości. Miał tylko nadzieję, że po drodze nie spotka siebie, albo któregoś ze swoich przyjaciół. Ruszył za profesorem.
Weszli na drugie piętro i skręcili (na szczęście pustym) korytarzem w lewo. Podeszli do ciężkich drewnianych drzwi. Fariares otworzył je cichym Alohomorra.
Wnętrze gabinetu było eleganckie ale nie przesadnie ozdobione. Po prostu praktyczne. Granatowe ściany, ciemne, mahoniowe biurko i szafa. Prawdopodobnie zapełniona materiałami potrzebnymi do prowadzenia lekcji. Profesor wskazał mu krzesło, a sam ruszył do barku.
Wyjął dwie szklanki. Do jednej nalał herbaty z kostką cukru, a do drugiej bursztynowego płynu. Zapewne whiskey.
Usiadł i zerknął na Harry'ego, który ze zdziwieniem wpatrywał się w jego szklankę.
- Och, nie myśl sobie, że piję nałogowo, nie. Po prostu ostatnimi czasy jestem dosyć zapracowany i nerwowy, a nic tak dobrze nie działań na skołatane nerwy jak stara dobra whiskey. 
Harry mruknął coś potakująco, chociaż tak naprawdę nie miał żadnego pojęcia o  leczniczym działaniu alkoholu.
- I jak tam u ciebie Harry? Cieszysz się z powrotu do Hogwartu?
"Och tak, bardzo się cieszę, skaczę z radości, że moja najlepsza przyjaciółka zabiła się, skacząc do jeziora!" - cisnęła mu się na usta odpowiedź ale przecież Fariares nic o tym jeszcze nie wiedział.
- Tak - rzucił w końcu.
- Mieszasz z mugolami, prawda?
- To moje wujostwo. 
- Hmm... - mruknął profesor zastanawiając się nad czymś. Zerknął na Harry'ego.
- Czemu nie pijesz? Zaraz wystygnie.
Gryfon popatrzył się uważnie na kubek z herbatą. Wyglądała zaskakująco normalnie. A sądząc po zachowaniu Fariares'a można by pomyśleć, że dolał mu czegoś do napoju. Uniósł naczynie do ust i powąchał.
I tu zaskoczenie. Herbata, oprócz swojej własnej woni,  zalatywał czymś słodkim. Zdecydowanie zbyt słodkim jak na miód czy cukier. Zaintrygowany, udał, że upija łyk i odstawił kubek na blat biurka. Fariares przypatrywał mu się dziwnym wzrokiem.
- Dobrze. A teraz powiedz mi Potter, co wiesz o rodzinie panny Granger? Jest mugolakiem, prawda? - To zdziwiło Harry'ego. Spodziewał się raczej pytań o Voldemorta, a nie o przeszłość Hermiony. Jednak jednego był pewien. W kubku było Veritaserum lub coś w tym rodzaju. Postanowił zachować pozory.
- Raczej niewiele. Jej rodzice to mugole, są - ledwo zdołał się powstrzymać przed powiedzeniem "byli" - dentystami. Mieszkają w Londynie, nie daleko centrum.
- yhym... - mruknął Fariares, notując coś w myślach. - A czy wiesz może skąd pochodzi magia, dziedziczona przez pannę Granger? W rodzinie kiedyś musiał być czarodziej. - Harry zastanawiał się po co mu ta informacja.
- Nie. Ona sama chyba również nic nie wie. Ale może profesor Dumbledour udzieli panu odpowiedzi na to pytanie, profesorze.
- Nie, nie udzieli. O nic nie wie, jest otumaniony. - Nagle złapał się za język, jakby właśnie zdradził jakąś wielką tajemnicę. - Kurwa! Na szczęście i tak niczego nie będziesz pamiętać. Jeszcze chwila i wszystko bym spieprzył. - Mówił do siebie. Harry, który zdążył się już otrząsnąć z szoku, postanowił, że musi jak najszybciej wydostać się z gabinetu.
Korzystając z nieuwagi Fariares'a, który odwrócony plecami, szukał czegoś w szafie, chwycił kubek z herbatą i wylał ją sobie na koszulkę.
Sykną kiedy wrzątek dotknął jego skóry. Chwycił różdżkę i wybiegł z gabinetu, z towarzyszącym mu głośnym - Potter!
Zbiegł po schodach najszybciej jak potrafił i ruszył szybkim truchtem do łazienki. Wpadł do niej,  zamykając drzwi i chwycił pusty pojemnik po mydle. Wypłukał go i wycisnął do niego resztki herbaty z koszulki. Musiał dowiedzieć się, co chciał mu podać profesor. Jednak miewał czasem dobre pomysły. W tym momencie dosłyszał głos dochodzący z jednej z kabin i zamarło mu serce.
To był... Jego głos!
Rozmawiał z Ron'em. Najwyraźniej była już przerwa. Zupełnie stracił rachubę czasu.
Wyszedł z łazienki szybkim krokiem. Podejrzane były również słowa profesora o tym, że dyrektor jest otumaniony.
- O co mogło mu chodzić? - szedł korytarzem pogrążony w myślach i nawet nie zauważył kiedy na drodze wyrosła mu wysoka postać. Wpadł na nią i odbił się lądując na podłodze. Popatrzył z przestrachem w górę, prosto w ciemne oczy Mistrza eliksirów.
No tak, tego mu tylko brakowało, żeby Snape z przeszłości również zaczął węszyć wokół całej tej sprawy.
Nagle jego uwagę zwrócił łańcuszek, zdobiący szyję profesora. Wyglądał podejrzanie znajomo.
Dotknął swojej szyi i z przerażeniem odkrył na niej brak zmieniacza czasu.

czwartek, 30 lipca 2015

Rozdział V, cz. II

Zapraszam do komentowania!!
~Morsmorde

Rozdział 5 cz.II

   Dumbledore stał za biurkiem w swoim gabinecie.
Na przeciw niego, przygarbiony, ze spojrzeniem utkwionym w jednym punkcie, siedział wybraniec. Pogrzeb zakończył się godzinę temu.
Potter obwiniał o śmierć Gryfonki wszystkich, a najbardziej siebie. Na pierwszym miejscu bazował Dumbledore, przez którego Hermiona postanowiła popełnić samobójstwo. Potem Snape, który go zatrzymał gdy biegł dziewczynie z pomocą, bądź co bądź, ta sytuacja nie ociepliła ich relacji; Ron'a, który ją zdradził, a na końcu panią Pomfrey, za to że ta nie uratowała życia Gryfonki.
Nie, to nie może dziać się naprawdę - te słowa ciągle przeplatały się w jego myślach.
- Harry - odezwał się wreszcie dyrektor. Podniósł wzrok, by napotkać dobrotliwe spojrzenie starca. - Jeszcze nie jest za późno. Pamiętaj, że czas leczy rany.
Nie wytrzymał.
Ogarniająca go wściekłość wreszcie znalazła ujście.
Zerwał się z miejsca, wyciągnął różdżkę i zaczął ciskać zaklęciami na wszystko co popadnie na końcu celując w samego Dumbledore'a.
Chciał go zniszczyć, upokorzyć, zabić.
Za wszystko co spotkało go w życiu do tej pory. Bo nie istniał już nikt inny, kto miał wpływ na jego historię, Chłopca Który Przeżył.
Miał już dość bycia pionkiem tego starca.
Kiedyś pewnie sam uderzyłby w siebie Avadą po takim stwierdzeniu. Jednak wojna zmienia ludzi i ich poglądy.
Opamiętał się.
Opuścił różdżkę i spojrzał na czarodzieja którego kiedyś uważał za ojca.
Prawda była taka, że nie miał już nikogo. Był sam.
Bez rodziców.
Bez przyjaciół.
Bez miłości.
Na resztkach sił opuścił pomieszczenie.
 ~.oOo.~
Wyszedł na błonia.
Jesienne powietrze było chłodne, wiał lekki wiatr. Nie przeszkadzało mu to. Musiał spokojnie pomyśleć. 
Teraz, kiedy trochę się uspokoił dotarło do niego, że to nie koniec.
To dziwne uczucie towarzyszyło mu przy każdej z jego przygód, czy ekscytujących chwil w życiu, a kiedy się kończyła, ustępowało.
Jednak teraz wciąż to odczuwał. Doszedł do wniosku, że musi minąć trochę czasu, bo wciąż nie wierzył w to co się stało.
Ciągle chciał pomóc Hermionie. W jego głowie zaświtała myśl, że zwariował.
Mimowolnie zaśmiał się bez wesołości. Już widział te tytuły -  "Chłopiec, który oszalał"
Usłyszał kruka, który przysiadł na uschniętym drzewie nieopodal i zaczął krakać.
To go otrzeźwiło. Momentalnie przestał się śmiać.
Idiota - zbeształ się sam w myślach - Ona nie żyje! Jak niby chcesz jej pomóc, sentymentalny durniu?! -
Mimowolnie powrócił myślami do wydarzeń sprzed kilku chwil. 
Dumbledore był taki spokojny i opanowany, jak gdyby nic się nie stało, jakby się tym w ogóle nie przejął! Zawrzała w nim wściekłość na starca. - Co on powiedział? A tak, czas leczy rany... No może w jego przypadku. Jest tak stary, że nie długo zapomni, iż doprowadził do śmierci własnej siostry. - zakpił w myślach.
- Tak, on ma w tym duże doświadczenie. - powiedział zgryźliwie sam do siebie - Czas leczy rany, też coś! 
Czas...czas... - odbijało mu się w głowie - Czas... -  Zerknął w stronę jeziora. Tafla wody lśniła w październikowym słońcu. Spojrzał na klif, z którego skoczyła Hermiona. Boże, jak on nienawidził tamtego miejsca!
Głęboka woda, ostre wierzchołki skał i... Nie. Nie przewidziało mu się.
Pośród kamieni, na lini brzegowej jeziora, coś błyszczało.
Wstał i ruszył w tamtym kierunku.
Kiedy znalazł się już wystarczająco blisko aby rozpoznać przedmiot, znowu przypomniał sobie słowa dyrektora.
Nie zastanawiając się dłużej, chwycił Zmieniacz Czasu i ruszył biegiem w stronę zamku.
~.oOo.~
Wpadł zdyszany do holu.
Uczniowie patrzyli na niego dziwnie, ale cóż, nie ma się im co dziwić. Nie często widuje się wybrańca, teoretycznie w żałobie, biegającego sobie po błoniach z łańcuszkiem. Oczy niektórych jasno mówiły, jakie zdanie mają na temat jego zdrowia psychicznego.  Bądź co bądź mieli trochę racji. Ale to co myślą o nim ludzie było ostatnim co teraz zaprzątało myśli Gryfona.  Teraz miał plan.
Tylko nie wiedział jakie skutki może wywołać jego działanie.
Tragiczne. - przyszło mu na myśl. Postanowił skierować się do któregoś z profesorów. Nawet jeśli będą chcieli go zatrzymać, to już ich problem. Pozostawała już tylko jedna sprawa. Do którego nauczyciela iść?
McGonagal płacze na sam jego widok (co prawda, próbuje to ukryć ale raczej nie skutecznie), a zdecydowanie nie miał teraz ochoty na wysłuchiwanie jej wyrazów współczucia. Z Flitwik'iem ciężko było cokolwiek ustalić,  pani Sprout ostatnio miała drobny wypadek w swojej szklarni, co normalnie niegdy jej się nie zdarza. Do samej pielęgniarki też mu nie było spieszno, zapewne odesłała by go do św. Mungo, gdyby tylko dowiedziała się co zamierza.
Nowemu nauczycielowi obrony zbytnio nie ufał, a Dumbledore'a nie chciał znać. Mógłby jeszcze iść do Hagrida ale wątpił aby pół-olbrzym rozwiał jego wątpliwości.
Mimowolnie zaczął się zastanawiać, czy w tym zamku jest choć jednak kompetentna osoba, która nie zaleje się łzami na jego widok i będzie w stanie mu pomóc?!
Tłum uczniów odzianych w zielone barwy Slytherin'u poddał mu szalony pomysł.
Ruszył w kierunku lochów.
~.oOo.~
Zwariowałem - pomyślał gdy znalazł się przed drzwiami gabinetu Snape'a.
Zapukał.
Oszalałem.
Cisza.
On mnie zabije. - doszedł do wniosku, gdy zimny głos rozkazał:
- Wejść.

Rozdział V, cz. I

Hey ;3
Zanim zaczęłam pisać to opowiadanie, wspomniałam, że charaktery postaci mogą ulec zmianie.
Wg mnie jest to najbardziej widoczne w tym rozdziale.

Skorygowałam charakter Harry'ego, ponieważ doszłam do wniosku, że oryginał ciężko byłoby przekonać do tego, co zrobiła moja wersja.
Zdecydowałam, że ten rozdział zostawię podzielony, jednak wprowadziłam pewne zmiany, zwłaszcza w cz. II

Od razu mg was zaprosić na kolejną część, która jest już dostępna.
Miłego czytania!
~Morsmorde

Rozdział 5 cz. I

     Przechadzał się nocą korytarzem, znowu. 
Od czasu pokonania Voldemorta, nie był w stanie zasnąć bez eliksirów nasennych. Jednak gdy po dużej dawce nadchodził sen, dręczyły go koszmary i budził się z mocno bijącym sercem.
Tak było i dzisiaj. Obudził się zlany potem po koszmarze ze sceną na cmentarzu. Nawet po kilku latach nie był w stanie zapomnieć uczucia, które mu w tedy towarzyszyło. Był tam Voldemort, śmierciożercy, martwe ciało Cedrica... Zawsze tak samo.  Jednak dziś było inaczej. Coś w monotonii tego snu się zmieniło. Nie był pewien o co dokładnie chodziło. Miał tylko świadomość, że dzisiejszy koszmar był gorszy od poprzednich. Był pewien że znalazł się na cmentarzu, że był tam Riddle i jego słudzy oraz Ced... No właśnie. To się nie zgadzało. W dzisiejszym śnie nie było młodego Puchona. Ale w takim razie, kto...?
Nagle zobaczył postać biegnącą z naprzeciwka. Z powodu ciemności nie rozpoznał jej od razu, jednak gdy tylko ta wyszła z cienia, w blasku księżyca rozpoznał tak dobrze znane mu rysy twarzy. I nagle wszystko sobie przypomniał...
- Hermiona...!
~.oOo.~
Biegł korytarzem za przyjaciółką, która zdawała się nie zauważać otaczającego ją świata. W pewnym momencie, gdy wybiegł za róg korytarza, za którym zniknęła dziewczyna, nie zobaczył jej. Tak jakby rozpłynęła się w powietrzu! 
Kierując się instynktem, wbiegł do holu. Wciąż nie widział Gryfonki. Miał do wyboru szukać jej dalej na terenie zamku, lub wyjść na błonia. Druga opcja wydała mu się bardziej prawdopodobna. Podszedł do drzwi wejściowych, otworzył je i zamarł.
Na tle skał okalających jezioro, dostrzegł drobną sylwetkę swojej przyjaciółki. Początkowo nie był świadom co ta zamierza zrobić, jednak gdy dziewczyna przysunęła się bliżej krawędzi, domyślił się wszystkiego. 
Nie zastanawiając się dłużej wybiegł przez drzwi frontowe, kiedy...
-Potter! - usłyszał znienawidzony głos. Odwrócił się - Co robiłeś na korytarzu, w nocy?
- Panie profesorze, ja muszę... - i wskazał rozpaczliwie palcem w kierunku dziewczyny.
Jednak Snape uśmiechnął się tylko kpiąco, nie spoglądając nawet we wskazaną stronę.
- Jestem pewien, że swoje potrzeby fizjologiczne możesz załatwić w łazience. Wiem Potter, że pewne cechy odziedziczyłeś po swoim chrzestnym, jednak mógłbyś choć raz zachować się bardziej cywilizowanie... - na usta wpłynął mu krzywy uśmieszek - 50 pkt od Gryffindoru! Do dormitorium Potter, natychmiast... - ostatnie słowo wysyczał. 
-Snape! - nie wytrzymał Harry.  Nazwisko wykrzyczane tak rozpaczliwym tonem sprawiło, że uśmiech Mistrza Eliksirów tylko się powiększył.
- Potter, to będzie kolejne 10 pkt od Gryffind...
- Snape, do cholery! Ja muszę, Hermiona.... Tam... pomoc! - ostatnie zdanie wypowiedział jąkając się pod wściekłym spojrzeniem swojego profesora. - Ona ... Ona chce skoczyć d-do jeziora! - Te słowa najwyraźniej zwróciły uwagę Snape'a. Spojrzał w stronę klifu i zamarł.
Drobna postać, stojąca na samej krawędzi, bez wahania skoczyła w toń wody.
Trzask fali rozbijającej się o skały i przeraźliwy krzyk wybrańca, wreszcie go otrzeźwiły. Ruszył biegiem w stronę jeziora. Kątem oka zauważył, że Potter robi to samo.
~.oOo.~
Po szaleńczym biegu, znaleźli ją.
Wyglądała tragicznie. Potargana koszula, odsłaniała siną skórę, pokrytą licznymi otarciami i siniakami. Bladą twarz oblepiały włosy, ociekające krwią wypływającą z głębokiego rozcięcia na czole.
Oczy wypełniły mu się łzami gdy wyciągali ją z wody. Starając się nie myśleć o tym co robi zaniósł dziewczynę do skrzydła szpitalnego, gdzie pani Pomfrey natychmiast zajęła się Gryfonką.
Kazała wszystkim opuścić salę. Nie chciał wyjść. Krzyczał, że musi jej pomóc i gdyby nie oszałamiacz rzucony przez przybyłego na miejsce chwilę wcześniej Dumbledora, zapewne nie wyprowadzono by go z sali.
Teraz siedział na podłodze w korytarzu, mentalnie nie odstępując od Hermiony.
Nie był sam. Pilnowali go, jak zawsze.
McGonagal, ciągłe podciągająca nosem, Flitwik, który wydawał się jeszcze mniejszy niż zwykle i Dumbledore stojący po ścianą. Jego twarz nie wyrażała nic. Snape gdzieś zniknął. To jednak nie obchodziło Wybrańca. Czekał.
Minęła godzina, dwie, trzy, aż w końcu pani Pomfrey wyszła ze Skrzydła Szpitalnego i poinformowała zgromadzonych, łamiącym się głosem, o stanie dziewczyny.
~.oOo.~
Wściekłość mieszała się z irytacją i rozpaczą, gdy patrzył na białą, podłużną, trumnę, w której leżało martwe ciało jego przyjaciółki.




środa, 29 lipca 2015

Rozdział IV

Witam,
Na poprzednim blogu rozdziały czwarty i piąty, zostały podzielone na części. 
Postanowiłam połączyć je w całość, dodatkowo wprowadziłam kilka zmian. 
Życzę miłego czytania i proszę o komentarze. ;)
Pozdrawiam,
~Morsmorde

Rozdział 4
Kolejny tydzień, minął bez większych problemów. Wydawałoby się, że wszystko wróciło do normy. Nauczyciele zawalali uczniów, toną prac domowych, Filch pałętał się po korytarzach, wraz ze swoją nieodłączną towarzyszką – panią Norris, i wrzeszczał na Bogu ducha winnych uczniów za takie przewinienia, jak zabrudzanie i zaśmiecanie korytarzy. Od reguły nie odchodził także Snape, wlepiający szlabany i odejmujący punkty z prędkością karabinu maszynowego, czyli – żadna nowość. Aż do tego feralnego dnia…
Hermiona wracał właśnie z czwartkowej lekcji numerologii. Szła dość szybko kierując się w stronę Wielkiej Sali na obiad. Gdy tylko przekroczyła próg, wyczuła podejrzaną atmosferę ekscytacji panującą w pomieszczeniu. Co więcej, wszyscy patrzyli na nią dziwnie, jakby oczekiwali wybuchu. Ignorując jednak to dziwne zachowanie, przeszła przez salę i usiadła przy stole gryfonów, gdzie Harry czytał właśnie nowe wydanie Proroka Codziennego. Ten widok zdziwił ją trochę. Było raczej zbyt późna jak na poranną pocztę. Nie przejmując się tym jednak zbytnio, spytała:
- Jest coś ciekawego? - Złoty Chłopiec nie odpowiedział od razu.
- Hermiono, tak mi przykro… - ta odpowiedź zdziwiła ją nieco. Za co Harry’emu było przykro? I co jest napisane w ty szmatławcu?! – To znowu Skitter… ona…
- Co? Daj mi to! – I wyrwała gazetę z rąk Gryfona. Jej oczy natychmiast odnalazły wielkie zdjęcie, na okładce gazety, na którym był… Ron. Ale nie był sam. Towarzyszyła mu jakaś wysoka blond-włosa dziewczyna, uśmiechająca się słodko, którą obejmował jej chłopak.
Nie od razu dotarło do niej co przedstawia fotografia. Zemdliło ją. Zerwała się z miejsca i nie zwracając uwagi na rozpaczliwe krzyki Harry’ego wybiegła z Sali. Wpadła do pierwszej łazienki jaką znalazła i zwymiotowała. Nie wiedziała czemu tak reaguje. Ron… Zdradził ją… Zdradził z jakąś tlenioną blondyną! Jak on mógł jej to zrobić?! Znali się tyle lat, tyle razem przeszli, a on… dwa lata temu gdy go otruto, sterczała przy jego łóżku jak głupia – dzień i noc, wypłakując sobie oczy i przysięgając zemstę na tym kto mu to zrobił, a potem? Rok temu? Zniszczyli razem horkruksy. Ron pocałował ją w komnacie tajemnic, czuła się wtedy taka szczęśliwa… mimowolnie zwymiotowała, znowu. Zawsze myślała, że Ron’owi na niej zależy tak jak jej na nim. Najwyraźniej, myliła się.
Jak śmiał ją zdradzić?! – Nagle poczuła jak ogarnia ją wściekłość. Nie była w stanie nad nią panować. Jak burza wybiegła z łazienki, zapominając nawet o rzuceniu zaklęcia czyszczącego na swoją szatę. Szła szybko w stronę pokoju wspólnego, trafiając na zdziwione i trochę zlęknione spojrzenia uczniów. Wściekła Prefekt Naczelna, była dość rzadkim widokiem.
I w takim stanie zastał ją Ron. Wychodził właśnie przez dziurę pod portretem, gdy nagle poczuł jak coś odrzuca go w tył. Z hukiem uderzył w stojącą nieopodal zbroję, która z łoskotem przewróciła się i rozpadła na kawałki.
- Jak śmiałeś?! – w dwóch susach dopadła chłopaka. – Pytam, jak śmiałeś mnie zdradzić?! – W oczach chłopaka pojawiło się zrozumienie, co tylko podsyciło wściekłość Gryfonki. Mimo wszystko miała nadzieję, że Ron zaprzeczy. – Ty fałszywy, wredny, perfidny, samolubny, puszczalski śmieciu! Ile lasek zdążyłeś już przelecieć od rozpoczęcia roku szkolnego?! 5, 10?! Czy ta wywłoka, Lavender, też się do nich zalicza? Czy może zamierzasz zaliczyć ją jeszcze dzisiaj?! I dla jasności. Wszystko co było między nami jest SKOŃCZONE!! Dotarło to do twojego ptasiego móżdżka, czy może mam powtórzyć? Jesteś nikim Weasley, nikim! – I splunęła w stronę oniemiałego Gryfona.
- Co tu się dzieje? – rozległ się znajomy głos. Profesor McGonagal, przechodziła właśnie korytarzem, trzymając w rękach stos pergaminów. Scena, która się przed nią rozgrywała, spowodowała u niej szybsze bicie serca. Jej najlepsza uczennica, którą uważała za autorytet dla innych uczniów, stała z wyciągniętą różdżką nad zaszokowanym i jednocześnie przerażonym Ronald’em Weasley’em. Gryfonka odwróciła głowę w jej stronę. To co opiekunka Gryfonów zobaczyła w jej oczach, przeraziło ją. Z wrażenia aż wypuściła z rąk wszystkie pergaminy. Wściekłość, mieszała się z rozpaczą i desperacją, a tęczówki świeciły nie zdrowym blaskiem.
Dziewczyna odwróciła się na pięcie i wybiegła na błonia. Znalazła zaciszne miejsce nad jeziorem, wśród skał. Zwinęła się w pozycji embrionalnej i zapłakała gorzko.
~.oOo.~
Harry patrzył bezradnie jak jego przyjaciółka wybiega z Wielkiej Sali.
Nie miał pojęcia gdzie się udała i mógł tylko zgadywać, że jej pierwszą ofiarą będzie Ron. – zasłużył sobie – pomyślał. Wciąż nie mógł uwierzyć, że jego przyjaciel zdradził Hermionę. Wiedział, że Ron’a łatwo omotać ale był pewien, że dziewczyna więcej dla niego znaczyła.
Z tych rozmyślań wyrwały go śmiechy dochodzące ze stołu Ślizgonów. Wśród nich, królował głos Malfoy’a, który opowiadał coś o Szlamach i Zdrajcach krwi. To go otrzeźwiło. Zerwał się z miejsca i podszedł do swojego nemizes. Nim Malfoy zdążył zareagować, Harry trzasnął go w twarz otwartą dłonią i wybiegł z Sali nabuzowany.
Dopiero wieczorem, tego samego dnia, zdał sobie sprawę, że ogarniająca go wściekłość nie jest skierowana na Malfoy’a, ale na kogoś znacznie mu bliższego.
Postanowił znaleźć Ron’a
~.oOo.~
 Po raz piąty okrążał cały zamek, a rudzielca wciąż nigdzie nie było.
Przeszukał też sowiarnię, nie był tylko w skrzydle szpitalnym i lochach. Natychmiast odrzucił drugą możliwość. Po co Ron miałby włóczyć się po terytorium Ślizgonów? Z tego co wiedział nie miał dziś żadnego szlabanu.
Skierował się więc w stronę szkolnego szpitala. Nie był pewien co dokładnie chce powiedzieć przyjacielowi. Liczył na to, że kiedy już go zobaczy, coś przyjdzie mu do głowy. Nie musiał długo czekać. Przeszedł za ledwie jeden korytarz, gdy z za zakrętu wyłonił się Weasley.
- Cześć... - odezwał się Ron niepewnie. - widziałeś Hermionę..?
- Czego od niej chcesz? - na wspomnienie imienia przyjaciółki ogarnęła go wściekłość – Opowiedzieć jak ci się spało z tamtymi dziewczynami, czy może poinformować ją o setnej wybrance? Skrzywdziłeś ją Ron. Rozumiesz?
- Tak, wiem. Chce ją przeprosić...
- Za co? Za kłamstwa, zdrady, czy może za to, że ją wykorzystałeś? - jego głos ociekał sarkazmem.
- Wykorzystałem? Błagam cię! Ona nie dała się dotknąć! Dlatego... to... się stało. Mam swoje potrzeby!
- Zdradziłeś ją, bo nie dała ci się dotknąć? Genialne Weasley! Czy ty masz pojęcie co zrobiłeś?! - Gryfon nie miał szansy odpowiedzieć. Harry wyciągnął różdżkę i cisnął w jego stronę oszałamiaczem.
Rudzielec uderzył głową o przeciwległą ścianę i stracił przytomność. Jednak wybraniec już tego nie widział. Biegł ile sił w nogach w stronę wierzy Gryffindor'u.
~.oOo.~
Tej nocy nie spała zbyt dobrze.
Do dormitorium wróciła późno i wierciła się w łóżku, nie mogąc zasnąć. A kiedy w końcu zmorzył ją sen, dręczyły ją koszmary o Ron'ie obściskującym się z blondyną z okładki tego szmatławca.
Rano, nie wyspana i wciąż podłamana, wstała i wbrew wszystkiemu ruszyła na lekcje obiecując sobie w myślach, że to ostatni raz kiedy się tak rozkleiła.
Niestety, jej postanowienie zakłóciła szkolna sowa, która niewinnie wylądowała na stole przed nią i podniosła nóżkę z liścikiem, który chwilę później, zniszczył doszczętnie życie Hermiony Granger...
~.oOo.~
''Droga Panno Granger,
Proszę aby stawiła się pani w moim gabinecie,
najszybciej jak to możliwe.
A. Dumbledore.''
   Hermiona patrzyła ze zdziwieniem na liścik trzymany w ręce.
Nie mogła znaleźć żadnego wytłumaczenia, dlaczego dyrektor miałby wzywać właśnie ją.
Może chce na mnie nawrzeszczeć za wczoraj – przeszło jej przez myśl. Chociaż dyrektor był ostatnią osobą, którą posądziłaby o wrzeszczenie na uczniów, wolała nie odrzucać takiej możliwości.
Chcąc, nie chcąc, wyszła z Wielkiej Sali i ruszyła w stronę gabinetu dyrektora.
Po kilku minutach stała już przed kamiennym gargulcem, który przesuwał się, odsłaniając kamienne schody, nim zdążyła zastanowić się nad hasłem.
Dziwne. – pomyślała.
Wspięła się na górę i zapukała w ciężkie drewniane drzwi. Usłyszała stłumione 'proszę' i wkroczyła do gabinetu dyrektora, w którym byli już Snape i McGonagal.
- Witam, panno Granger. - przywitał się dyrektor. Był nieco przygaszony, a w jego oczach brakowało wesołych iskierek. Wyglądał na dużo starszego niż zwykle.
- Dzień dobry, profesorze. - odpowiedziała niepewnie. Dlaczego dyrektor ją wezwał? I po cholerę jest tu też opiekunka jej domu i ten przerośnięty nietoperz?!
Swoją drogą ta pierwsza nie wyglądała na zbytnio szczęśliwą.
- Zapewne zastanawiasz się po co Cię tutaj wezwałem. - zaczął, na pozór spokojnie, dyrektor.
- Klika dni temu odbyło się zebranie, w którym uczestniczyłaś razem z panem Weasley'em – tu Hermiona skrzywiła się lekko – i Harry'm. Pamiętasz, jak zapytałaś mnie, czy jest możliwość, aby za te ataki odpowiadała inna grupa ludzi, nie śmierciożercy? - kiwnęła lekko głową, zastanawiając się do czego zmierza dyrektor.- Teraz mogę Ci szczerze odpowiedzieć na to pytanie. Miałaś rację. To nie słudzy Voldemorta. To Zakon Mrocznych Walkirii.
W oczach Hermiona błysnęło zdziwienie, a chwile potem zrozumienie. Czytała kiedyś o nich. To pradawny zakon, założony ku czci bogini wojny. Atakowali pojedynczo i znienacka, zabijając problematyczne dla nich samych osoby. Nie popierali żadnej ze stron. Nikt nie wiedział, gdzie znajduje się ich siedziba. Legendy głosiły, że dosiadają karych koni i walczą jak mało kto. Była jednak pewna, że Mroczne Walkirie nie działają od lat. A jednak. Tylko na miłość Boską, po co on jej to mówi?!
-Rozumiem, że wiesz o kogo mi chodzi. - głos dyrektora był poważny, a oczy pozbawione zwyczajowych iskierek, wyrażały współczucie. - Twoi rodzice nie żyją, Hermiono. Zabiły ich Walkirie. - powiedział dyrektor. 
Hermiona spojrzała na niego z niedowierzaniem. Co on właśnie powiedział? - zastanawiała się. Chyba nie mówił poważnie... Z drugiej strony dyrektor nigdy nie żartował w ten sposób. Tylko co jego słowa oznaczają dla niej...? - nie była w stanie jasno myśleć.
Nim się zorientowała, osunęła się bezwładnie na ziemię.
W panującej ciszy głos Snape'a brzmiał jak wybuch armatni:
- Wspaniale to rozegrałeś, dyrektorze. - Blask świecy, rozjaśnił jego twarz. Tym razem, bez kpiącego uśmiechu.
~.oOo.~
   Poczuła jak ziemia osuwa jej się spod nóg.
Spadała. Spadała w nieznaną przestrzeń rozpaczy. A może się wznosiła? Nie mogła określić. Ból był zbyt silny, by mogła myśleć. Wypełniał każdy jej nerw, powoli rozrywając na kawałki jej umysł i serce.
~.oOo.~
   Harry biegł ile sił w nogach w stronę skrzydła szpitalnego. Ostatnio często mu się to zdarzało.
Usłyszał plotki, że Hermiona tam jest. Nie miał pojęcia co się stało.
Dopadł do drzwi i otworzył je zamaszystym ruchem, wpadając do pomieszczenia. 
Zajęte było tylko jedno łóżko, a na nim leżała jego nieprzytomna przyjaciółka.
- Hermiono... - podszedł bliżej i usiadł na krześle obok niej. - Co się stało...? - Rzecz jasna nie otrzymał odpowiedzi. Spojrzał na twarz Gryfonki, bladą i nieruchomą. Włosy rozrzucone na poduszce tworzyły kasztanową mozaikę, oczy zamknięte, usta lekko rozchylone. Przez chwilę nie mógł oderwać oczu od różowych warg przyjaciółki...
- Właśnie, przyjaciółki! - zrugał się w myślach. - Nie gap się tak na nią, Potter! - upomniał sam siebie.
Nie musiał długo czekać na odpowiedź.
- Panna Granger zemdlała na wieść o śmierci rodziców. - Rozległ się głos tuż za jego plecami. Odwrócił się. Pani Pomfrey stała przed nim, całą swoją postawą wyrażając troskę i współczucie. - To Mroczne Walkirie... A można się było spodziewać, że po tylu latach... no ale … Panie Potter, proszę już iść.
- C-co? Rodzice Hermiony nie żyją? Jakie Walkirie? O co tu chodzi, do cholery?!
- Panie Potter! Niech pan uważa na język. - obruszyła się pielęgniarka. - I proszę już iść! Ona musi odpoczywać. To dla niej ciężki szok.
Chcąc, nie chcąc, Harry opuścił skrzydło szpitalne.
Też coś! Pokonał Voldemorta, największego czarnoksiężnika wszech czasów, zniszczył Horkruksy, miał cholerne 18 lat, a nie było mu wolno przeklinać! No ale powróćmy do spraw istotnych. Rodzice Hermiony nie żyli, zabiły ich te Walkirie, czy coś. Nie wiedział co powinien czuć w tej sytuacji. Chciał pomóc przyjaciółce, ale nie wiedział jak to zrobić. Miał tylko nadzieję, że Gryfonka nie wpadnie w depresję.
- Porozmawiam z nią, jak tylko się obudzi. - obiecał sobie.
 I trzymając się kurczowo tego postanowienia, ruszył na lekcje.  Pogrążony w myślach, nawet nie udawał, że słucha wykładów nauczycieli.
~.oOo.~
Otworzyła oczy.
Leżała na łóżku w jakimś przestronnym pomieszczeniu. Za oknem panował mrok.
Wstała.
Na bosaka podeszła do drzwi i otworzyła je cicho. Wyszła na korytarz, przeszła przez drzwi frontowe i ruszyła w kierunku jeziora.
Na sobie miała tylko bieliznę i cienką koszule nocną. Na zewnątrz panował chłód, jednak nie czuła zimna. Właściwie nic już nie czuła. Otaczający ją świat, stał się dla niej obojętny. Przeszkadzał w jej samotności, nie pozwalał zamknąć się w sobie.
Weszła na klif i spojrzała na fale rozbijające się o skały.
Pomyślała o swoim dotychczasowym życiu.
Kiedy miała jedenaście lat, dowiedziała się, że jest czarownicą. Nie była w stanie przypomnieć sobie teraz tej radości, którą wtedy odczuwała. Przez kolejne lata przeżywała niesamowite przygody, które zakończyły się pokonaniem Voldemorta.
Przyjaciele – na myśl o Ronie, przysunęła się bliżej krawędzi. - Zdradził ją. Potem dowiedziała się o śmierci rodziców.
Ten cios był zbyt mocny. Ktokolwiek chciał ją złamać i zniszczyć jej życie, może teraz świętować swój triumf.
Nie myśląc więcej, skoczyła.