sobota, 24 września 2016

Rozdział XI

  Rozdział 11

   Hogwart Express wjechał na peron 9 i 3/4 wolnym tempem.
Na stacji roiło się od stęsknionych rodziców uczniów, którzy wkrótce mieli zobaczyć swoje pociechy.
Harry wysiadł z pociągu, ciągnąc za sobą swój bagaż. Zima rozpoczęła się na dobre, zaznaczając swój teren zaspami i wszechobecnym chłodem.

- Harry? - Hermiona stanęła obok niego. - Jak dostaniemy się na Grimmauld Place?
- Świstoklikiem. Dumbledore dał mi go wczoraj. - odparł chłopak, wyciągając z kieszeni stare pióro. - Chwyć się.

Dziewczyna ścisnęła jedną z końcówek pióra i niemal natychmiast poczuła nieprzyjemny ucisk w brzuchu, od którego zrobiło jej się niedobrze, a zaraz potem wylądowała na twardych deskach domu Black'ów. Harry pojawił się obok niej kilka sekund później.
Rozejrzeli się dookoła. Stali w przedpokoju, tuż obok portretu matki Syriusza, która zaskoczona ich nagłym przybyciem, nie odezwała się słowem.
Gryfon przeszedł dalej w głąb domu.
 Nie był tu od momentu gdy polowali na horkruksy. Niewiele się zmieniło. Właściwie jedyną różnicą było to, iż bałagan jaki zrobili został sprzątnięty. Nadal odczuwał dziwną pustkę, gdy przyglądał się starym obrazom i meblom. Wszystkie kojarzyły mu się z ojcem chrzestnym. Otrząsnął się lekko.

- Stworek! - krzyknął.

Przez chwilę nikt mu nie odpowiedział, jednak po chwili drzwi z kuchni otworzyły się, a zza nich wyłonił się stary skrzat.

- Panicz Potter przybył do swego domu. - odezwał się. - I przyprowadził ze sobą tę mugolską dziewczynę.
- Hermiona jest czarodziejką, rozumiesz? - warknął chłopak - Przygotuj pokoje na górze. Będziemy mieli gości.
- Oczywiście, stworek żyje po to aby służyć paniczowi... - jęknął skrzat i odszedł, mrucząc coś pod nosem.
- Uprzejmy jak zawsze. - stwierdziła z lekkim uśmiechem panna Granger, wchodząc do pomieszczenia.
- Przynajmniej to się nie zmieniło. - mruknął Harry.

Uśmiech dziewczyny zbladł.

- Pójdę się rozpakować. - rzekła, i wspięła się po schodach.

Gryfon kiwnął głową i usiadł w jednym z foteli.
Wczoraj Dumbledore nie tylko dał mu świstoklik, ale również wspomniał, że chciałby zorganizować niewielkie zebranie byłych członków Zakonu Feniksa, którym udało się przetrwać wojnę.
Ta kwestia ciekawiła go o tyle, że dyrektor nie urządzał zebrań od miesięcy, a tym bardziej w czasie, który wszyscy powinni spędzić w rodzinnym gronie.
Spotkanie miało się odbyć jeszcze tego dnia wieczorem.
Harry westchnął. Był zmęczony podróżą, a perspektywa przyszłości również nie była zbyt kolorowa.
Wstał i wspiął się po schodach z zamiarem wzięcia długiego i gorącego prysznica.


~.oOo.~

- Witam was moi drodzy. - rzekł uroczystym tonem dyrektor. - Wybaczcie, że zabieram wasz czas, gdy powinniście odpoczywać w rodzinnych domach, jednak sprawa jest dość pilna.

Na zebraniu byli Lupin, Tonks, Kingsley, McGonagal i kilka osób, których ani Harry, ani Hermiona nie rozpoznawali.

- Mam niestety złe wieści. Zarejestrowano kolejne ataki na mugolskie rodziny. Co ciekawe, ofiarami są osoby, które w swoim rodowodzie, w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, miały czarodzieja. Najczęściej są ich wnukami, bądź prawnukami.
- Ministerstwo obwinia o to Walkirie. - dodał Kingsley.
- Zapewne słusznie. - stwierdził Lupin. - Przynajmniej na to wskazują poprzednie... - zawiesił głos, gdy jego spojrzenie padło na dziwnie przygaszoną Hermionę. - ... incydenty. - dokończył. 
- Wiadomo czemu atakowani są mugolscy potomkowie czarodziejów? - spytał Harry.
- Nie mamy pewności, ale... 
- Przepraszam - przerwała mu Hermiona. - ale muszę wyjść.

Gryfon popatrzył za nią, gdy opuszczała pomieszczenie z opuszczoną głową.
W pierwszym momencie chciał za nią iść, jednak wtedy Shacklebolt podjął na nowo.

- Jak mówiłem, ministerstwo nie jest pewne, jednak podejrzewamy, że dużą rolę odgrywa tu Secretum Iuramentum.*
- Co? - spytał chłopak. 
- To pradawny rytuał. Działa podobnie do Fideliusa, jednak jest o wiele silniejszy.
- A co to ma wspólnego z Walkiriami?
- Jeszcze przed pierwszą wojną, gdy ludzie zaczynali odczuwać niepokój spowodowany nadchodzącym złem, Walkirie proponowały ukrycie domów oraz ich mieszkańców za pomocą tego rytuału. Jednak w zamian za zachowanie tajemnicy, pobierały opłatę w postaci służby pierwszego zdolnego do tego potomka, w ich zakonie. Wielu przystawało na taki układ. Jednak do Walkirii dołączyć mogą jedynie czarodzieje, więc mugolscy potomkowie nie mogą spłacić długu. Wobec tego członkowie zakonu zabijają ich aby wyrównać rachunki. 
- To okropne. - mruknęła Tonks. 
- Wojna też była okropna. A ludzie instynktownie dążą do przetrwania. - skomentował nowy minister.
- Nawet jeśli, to i tak uważam, że to obrzydliwe, aby wykorzystywać rodzinę w ten sposób. 
- Zaraz... Czyli rodzice Hermiony byli spadkobiercami tego długu? - spytał Harry.
- Na to wygląda, mój chłopcze. - rzekł Dumbledore.
- Ale co możemy z tym zrobić? - zapytał jeden z mężczyzn, nieznanych gryfonowi. - Nie mamy wpływu na ich poczynania.
- Właściwie, to chciałem prosić was wszystkich o wsparcie. - wyjaśnił dyrektor. - Zakon nie jest liczny, jednak może wyrządzić wiele problemów. Należy ich powstrzymać.
- Czy to nie zadanie ministerstwa? - mruknęła tym razem jakaś kobieta.
- Niestety, ale członkowie zakonu mieszkają wśród nas. Możemy się tylko domyślać, kto do nich należy. Wobec tego, ministerstwo pełne przeróżnego pochodzenia czarodziejów, nie jest najlepszym miejscem, na organizacje walki. 

Na chwilę zapadła cisza, przepełniona napięciem. Zgromadzone osoby patrzyły po sobie niepewnie, nieprzekonane.

- Wiem, że po wygranej wojnie i ciężkiej walce, kolejna wydaje się koszmarem, jednak proszę was o pomoc w wyeliminowaniu jeszcze tego jednego zagrożenia, abyśmy wreszcie mogli żyć w pokoju.
- Ależ Dumbledore, nawet jeśli pozbędziemy się Walkirii, za chwilę pojawią się kolejne ugrupowania i kolejne zagrożenia! To jak walka z wiatrem! - zirytował się mężczyzna, który odezwał się jako pierwszy.
- Mimo to.. - rzekł Remus. - Jakoś nie będę mógł spać spokojnie ze świadomością, że mojemu synowi coś zagraża, podczas gdy ja niczego z tym nie zrobiłem. Zgadzam się, jeszcze ten jeden raz.
- Ja również. - rzekła Tonks.
- Myślę, że mogłabym się na coś przydać w tym stowarzyszeniu obronnym. - odparła sztywno McGonagal.

Harry'ego również nie trzeba było długo przekonywać. Sama myśl o Hermionie dodawała mu motywacji do działania, a co dopiero możliwość zemsty.
Na propozycję nie zgodziła się jedynie jedna z zaproszonych kobiet. Poza nią, wszyscy mniej lub bardziej chętnie, przystali na prośbę dyrektora.

- Dziękuję wam wszystkim bardzo i jeszcze raz przepraszam. To koniec zebrania, jesteście wolni. - rzekł starzec, podnosząc się z krzesła i znikając w kominku. W jego ślady poszli również inni, osłonięci zielonymi płomieniami. 

W domu zostali tylko Remus i Nimfadora. Mieli co prawda przyjechać jutro, jednak do kolejnego dnia zostało już zaledwie parę godzin. Wspięli się razem po schodach, kierując się do sypialni, gdzie spał ich kilkumiesięczny syn.

Harry przeszedł z jadalni do salonu, gdzie zastał skuloną w fotelu Hermionę. 

- W porządku? - spytał.
- Tak. - odparła ze smutnym uśmiechem. - Czasem po prostu... nie mogę wytrzymać.

Wybraniec usiadł na kanapie. Przez chwilę trwali w ciszy.

- Nie wydaje ci się to dziwne? -  zapytał po chwili dziewczyna.
- Co..? - zdziwił się gryfon, wyrwany z rozmyślań
- To, że na zebraniu znów nie było Snape'a. 

Chłopak zastanowił się chwilę. Rzeczywiście, na pierwszym spotkaniu w gabinecie dyrektora, profesor nie był obecny. Teraz również, a przecież Dumbledore powiedział, że to spotkanie wszystkich członków Zakonu Feniksa. Czyżby Snape już do niego nie należał? Przecież był kiedyś jedną z najważniejszych postaci w walce z Voldemort'em.

- Racja. - mruknął. - Masz jakąś teorię?

Hermiona pokręciła głową.

- Niestety... Jednak myślę Harry, że można by zapytać o to samego profesora.

Gryfon popatrzył na nią, jakby postradała zmysły.

- O tak i przypłacić to życiem. Myślę, że ta informacja nie jest aż tyle warta, wiesz?  
- Przesadzasz. Jesteśmy dorośli, nie może przestraszyć nas już tą swoją peleryną czy szlabanem z Filch'em. - spojrzała na chłopaka, który wciąż wpatrywał się w nią z wysoko uniesionymi brwiami.
- Och, naprawdę? - jęknęła. - Walczyłeś z największym czarnoksiężnikiem wszech czasów, a boisz się nauczyciela?
- W niego nie mogę rzucić zaklęciem.
- Cóż, jeśli Dumbledore mu nie ufa, to być może już wkrótce będziesz musiał. - rzekła, wstając. - Idę na górę, dobranoc Harry.

Gryfon nie odpowiedział, zszokowany jej słowami. Nawet o tym nie pomyślał, a przecież było to tak oczywiste. Pokręcił głową. On również padał z nóg, nic dziwnego, że nie myślał trzeźwo.
Wspiął się po schodach i wszedł do swojej sypialni.  
Rzeczą, która natychmiast przykuła jego uwagę był czarny kruk, stojący na ramie łóżka. 
Doszedł do wniosku, iż to ten sam, który przyniósł mu dziwną wiadomość w Hogwarcie. Zdążył zupełnie zapomnieć o tym nietypowym liściku.
Ta informacja była równie krótka, co poprzednia, mimo to pozostawiła po sobie kolejną bezsenną noc i niepokój, który ustąpił dopiero wraz z pierwszymi promieniami słońca. A brzmiała ona:

 

''Stare długi wymagają zapłaty.''



___________________________________________
* -  Przysięga zachowania tajemnicy.


~Morsmorde

niedziela, 28 sierpnia 2016

Rozdział X

 Witam!

Przychodzę dzisiaj z nowym rozdziałem i krótką informacją, że kolejne części będą pojawiać się w weekendy, co tydzień lub dwa. Proszę jednak nie obwiniać mnie, a szkołę, która niestety zaczyna się już w czwartek. Jak wszyscy wiedzą, liceum - matura, tu już nie ma lekko, więc wolę z góry Was ostrzec o odstępach czasowych między postami.

Bez przedłużania, zapraszam na nowy rozdział i do komentarzy. Miłego czytania :)
 

~Morsmorde


  Rozdział 10


 Kolejny dzień przyniósł ze sobą gwałtowną burzę.
Niebo za oknami co rusz rozjaśniała błyskawica, nie raz trafiając w szkolne mury. Pomimo nie sprzyjającej aury, uczniowie bez wyjątku zmuszeni byli iść na zajęcia.
Harry usiadł w przedostatniej ławce po lewej, w klasie transmutacji. Zazwyczaj siedział z Ron'em, jednak wciąż nie miał ochoty na rozmowę z chłopakiem. Sala powoli zapełniła się uczniami, a jako ostatnia weszła profesor McGonagal.

- Dzień dobry. - rzekła. Odpowiedział jej chór smętnych głosów. - Dzisiaj zajmiemy się przemianą rzeczy różnych rozmiarów, co jest nie tylko przydatne, ale również często pojawia się na OWTM-ach. Waszym zadaniem, będzie transmutowanie kawałka papieru w fotel. Inkantacja to ''recenser'', zaczynajcie!

Gryfon zerknął na skrawek, który przed nim leżał. Podniósł go i zapobiegawczo położył na podłodze, aby uniknąć niepożądanego efektu.

Pierwszej udało się tego dokonać Hermionie, która aktualnie siedziała w czerwonym, masywnym fotelu. Jemu samemu zajęło to niemal pół godziny, jednak ostatecznie pojawił się przed nim mebel w kolorze pergaminu.

Zerknął na Granger'ównę i gdy ich spojrzenia się spotkały, szybko odwrócił wzrok. Poczuł, że lekko się czerwieni. Otrząsnął się.
Nie będzie się przecież rumienił jak jakaś dziewica i to jeszcze na forum klasy! Westchnął. Przez całe zajęcia usilnie unikał spoglądania na dziewczynę, a teraz musiał to zepsuć.
Nie czuł się zbyt pewnie po wczorajszym pocałunku, nie miał pojęcia co czuje Hermiona. A jeśli go odrzuci?
To działo się zbyt szybko, przecież zaledwie dwa tygodnie temu zginęli jej rodzice! Mimo to nie mógł przestać myśleć o tym co wczoraj zaszło.

Tuż po dzwonku wyszedł z klasy i rezygnując z obiadu, wyszedł na błonia. Ulewa wciąż trwała, jednak burza nieco ucichła.
Przechadzał się powoli, pozwalając aby deszcz moczył mu ubranie. Zadrżał lekko z zimna, gdy woda zaczęła spływać mu za kołnierz. Odwrócił się w stronę zamku. To był jego siódmy rok w Hogwarcie. Wkrótce skończy szkołę i zostanie dorosłym czarodziejem. Co w tedy zrobi? Jeszcze do niedawna marzył o karierze aurora, jednak teraz wcale nie był taki pewien czego chce.

Nagle zauważył postać idącą w jego stronę. Gdy się zbliżyła, rozpoznał brązowowłosą gryfonkę.

- Przeziębisz się Harry. - rzekła, stając w odległości metra.
- Nic mi nie będzie, ale ty lepiej wracaj do zamku. - odparł.
- Nałożyłam na siebie zaklęcie odpychające wodę. Taki deszczyk mi nie zagraża. - uśmiechnęła się lekko.

Dopiero teraz zauważył, że dziewczyna była całkowicie sucha. No tak, jak zwykle nie pomyślał o tym, że istnieje coś takiego jak magia, nawet pomimo pobytu tutaj. Westchnął, pocierając o siebie rękami, aby je rozgrzać. Nie mógł się wyzbyć starych, mugolskich przyzwyczajeń. Choć Hermiona nie miała z tym jak widać problemu. Wzruszył ramionami.

- Jak zwykle myślisz o wszystkim.

Gryfonka opuściła wzrok, marszcząc brwi.

- Harry... - zaczęła - Wczoraj na wieży... - zająknęła się. - Ja...
- Przepraszam cię za to. - wszedł jej w słowo chłopak. - To.. Nie mogłem się powstrzymać, ale obiecuję, że to się nie powtórzy. Wiem, że ci ciężko, a ja wykorzystałem sytuację.
- Nie, to nie tak. - odparła. - Naprawdę mi na tobie zależy. Po prostu... Chyba nie jestem jeszcze gotowa. - rzekła.
- W porządku, rozumiem. - powiedział szybko gryfon i odwrócił się, aby nie dostrzegła zawodu na jego twarzy. - Daj znać, jak już będziesz gotowa. - mruknął, idąc w stronę zamku.

Stracił ochotę na czyjekolwiek towarzystwo.

 

                                                                     ~.oOo.~


 Jesienne burze wkrótce zamieniły się w obfite opady śniegu. Uczniowie, zwłaszcza młodsi, korzystali z uroków zimowego krajobrazu.

Harry wbiegł do zamku unikając pędzącej w jego stronę śnieżki, posłanej przez Dean'a Thomas'a. Na jego twarzy gościł uśmiech, a policzki miał zaróżowione od zimna. Niestety, ta lekka euforia została szybko rozwiana przez pewną postać, popularnie nazywaną przez uczniów "naczelnym postrachem Hogwartu", bądź "Nietoperzem z lochów", jak kto woli.

- Potter. - odezwał się Snape. Pomimo jego interwencji w sprawie gryfonki, ich relacje nieszczególnie się ociepliły.
- Tak, profesorze? - rzekł Harry, marszcząc brwi.
- Dyrektor cie wzywa. - odparł Mistrz Eliksirów, po czym wyminął chłopaka.
- Yyy, profesorze? - zawołał gryfon.
- Czego, Potter? - warknął Snape.
- Jakie jest hasło? - spytał.

Mężczyzna uśmiechnął się kpiąco

- Chyba nie myślisz, że podałbym hasło uczniowi? - powiedział na odchodnym.

Potter warknął cicho.

- Przeklęty Nietoperz.

Ruszył szybkim krokiem do gabinetu Dumbledor'a.
Stanął przed gargulcem, nie bardzo wiedząc co zrobić. Wyglądało jednak na to, że tym razem sprzyjało mu szczęście, jako że dyrektor szedł właśnie korytarzem.

- Ach, Harry! - starzec uśmiechnął się,  a w jego oczach migotały iskierki. - Witaj, chłopcze. Przysłał cię profesor Snape? - bardziej stwierdził, niż spytał.

Gryfon kiwnął głową.

- W takim razie zapraszam na górę. - rzekł, po czym podszedł do gargulca i mruknął cicho - Lukrecjowe pałki!

Posąg drgnął i przesunął się w górę, odsłaniając kręte schody.


Po zaoferowaniu przez dyrektora herbaty i cytrynowych dropsów, od których starzec był wyraźnie uzależniony, usiedli w fotelach.

- Powiedz mi chłopcze, jak się ma panna Granger? - spytał dyrektor.
- W porządku - rzekł chłopak, choć tak naprawdę nie był pewny. Od tamtego burzowego dnia rozmawiali tylko półsłówkami.
- To dzielna dziewczyna - stwierdził dyrektor, po czym zmienił temat. - Harry, chciałbym abyś te święta spędził na Grimaud Place.

Gryfon spojrzał na dyrektora zdziwiony. Fakt, podczas wojny z Voldemort'em, dom Syriusza spełniał rolę Kwatery Głównej, jednak teraz, po wygraniu wojny i śmierci jego ojca chrzestnego, stał pusty i to od wielu miesięcy.

- Dlaczego?
- Cóż, chyba wiesz, że jest teraz twój. Zresztą chciałbym, abyś spędził trochę czasu z przyjaciółmi.

Może dyrektor miał rację. Mógłby przecież zaprosić Lupina i Tonks wraz z ich synem, czy nawet Kingsley'a, który praktycznie nie wychodził z ministerstwa. Skoro wojna się skończyła, chyba najwyższy czas, aby przeżyć prawdziwe święta z tymi,  z którymi nie było jeszcze okazji wymienić się życzeniami.

- Dobrze, pomyślę o tym. - odparł.

- Cieszę się. - rzekł dyrektor, uśmiechając się. - Niesamowicie wyrosłeś, jesteś teraz dorosły, a ja wciąż widzę w tobie dziecko. Wybacz starcowi te wspomnienia, chłopcze. Ale dopiero teraz zauważyłem, jak szybko czas ucieka.

Złoty Chłopiec wyszedł z gabinetu kilka minut później. Postanowił jeszcze tego dnia rozesłać sowy z zaproszeniami.

- Lepiej załatwić to wcześniej. - mruknął sam do siebie.


                                                                         ~.oOo.~


 Tej samej nocy, pewna brązowowłosa gryfonka siedziała przed kominkiem w pokoju wspólnym. Było już dobrze po północy, a komnata świecił pustkami. Wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w ogień, nie zdając sobie sprawy z upływu czasu. Pogrążona w smętnych myślach, nie zauważyła nawet, gdy ktoś koło niej usiadł.

- Miona? Co tu robisz?
- Och, Harry! Wystraszyłeś mnie. - rzekła z wyrzutem. - Rozmawiałam z Ginny, ale poszła spać jakąś godzinę temu.

- O czym myślałaś?
- Czemu pytasz? - odwróciła wzrok.
- Przez twoją minę. - mruknął, zdając sobie sprawę, jak głupie było to wytłumaczenie.
- To... nic. Spadł śnieg i przypomniały mi się święta w domu. Jeszcze zanim zaczęła się ta przeklęta wojna.

Nagle chłopak uświadomił sobie, że Hermiona nie pojedzie w tym roku do rodziny.


- Zostaniesz w zamku?  - zapytał.
- Pani Weasley mnie zaprosiła. - odparła, krzywiąc się. - Ale chyba wcale nie oczekuje, że przyjadę. - uśmiechnęła się smutno.
- Może - zaczął gryfon - pojedziesz ze mną na Grimaud Place? Zaprosiłem jeszcze kilka osób.

Gryfonka spojrzała na niego, przygryzając dolną wargę w zastanowieniu.


- Jesteś pewny?

- Oczywiście. Mam dość tej dziwnej relacji i niedopowiedzeń. Może chociaż na święta wrócimy do dawnych czasów?

 Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko rzuciła mu się na szyję.

 - Dziękuję. - rzekła. - Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy.

 Chłopak uśmiechnął się, zadowolony choć z takiej bliskości. 

Kochał ją. Kochał bardzo mocno. 
To dziwne, że na uświadomienie sobie tego, potrzebował aż ośmiu lat.
______________________

Na końcu, chciałabym jeszcze podziękować pewnej czytelniczce, która skomentowała post z rozdziałem wstawiony na fb. Zmotywowałaś mnie bardzo, od razu dostałam mocnego kopa ;D Dziękuję bardzo :)

piątek, 19 sierpnia 2016

Rozdział IX

 Witajcie,
 jeśli chodzi o informacje, zapraszam do poprzedniego posta. Teraz nie będę przedłużać i życzę miłego czytania ;)
~Morsmorde 

Rozdział 9

Harry siedział na łóżku, głaszcząc delikatnie włosy Hermiony.
Dziewczyna zasnęła jakąś godzinę temu. Ciężko znosiła śmierć rodziców. Zresztą sam również coś o tym wiedział. Co prawda nie znał ich zbyt dobrze i miał zaledwie rok gdy zginęli jednak i tak bolało, nim przywykł do tego, że nigdy nie pójdzie z ojcem na spacer, ani nie przytuli się do matki. Wujostwo również nie ułatwiło mu sprawy, jednak nie chciał teraz myśleć o swoich nieszczęsnych krewnych.
Państwo Granger'owie byli jednak przykładnymi rodzicami i gryfonce będzie trudno się z tym pogodzić. Wiedział, że nie może teraz zostawić dziewczyny samej. 
Wciąż męczyła go jednak sprawa Zakonu Walkirii. Czym było właściwie to zgromadzenie?
Do listy pytań mógł dołożyć jeszcze dziwne zachowanie Fariares'a.
Z westchnieniem ułożył się na łóżku, przymykając oczy. Odrobina snu, powinna nieco rozjaśnić jego ociężałe myśli.

~.oOo.~

Kolacja w Wielkiej Sali trwała w wyjątkowo ponurej jak na Hogwart atmosferze. 
Uczniowie przygnębieni ostatnimi wydarzeniami, jedli posiłek w niemal całkowitej ciszy. 
Poważny wyjątek od reguły stanowił również Ron Weasley, zazwyczaj głośno dyskutujący i objadający się najróżniejszymi potrawami, siedział teraz ze wzrokiem wbitym w stół, grzebiąc bez przekonania widelcem w talerzu. Czuł się okropnie po tym co się stało, obwiniał się o śmierć byłej dziewczyny, a kiedyś przecież najlepszej przyjaciółki. Żałował teraz bardzo mocno tego co zrobił. Upił się wtedy, a pijany nie dbał o nic.
Uniósł wzrok na Dumbledore'a, który wstał od stołu nauczycielskiego.
- Moi drodzy - rzekł - Zapewne nas wszystkich tak samo zabolała ta strata. Mam przyjemność jednak poinformować was, iż pewien z uczniów zaryzykował bardzo wiele igrając z niezwykle niebezpiecznymi siłami i dokonał wyjątkowego czynu. Dzięki niemu, nie musimy godzić się z tą straszną nowiną. - Wszyscy uczniowie patrzyli na dyrektora zdumieni jego dziwną przemową. - Oświadczam więc, że panna Granger żyje. I proszę was, abyście przestali myśleć o tym co się nie stało i nie wspominali więcej tej sprawy. Dziękuję. 

Poprzednie zdziwienie zmieniło się teraz w szok. Niektórzy uczniowie uśmiechali się nawet pod nosem, myśląc, że staruszek już całkiem zwariował.
Już po chwili w Wielkiej Sali podniosła się wrzawa, w której nie sposób było rozróżnić poszczególne słowa.
Dyrektor usiadł na swoim miejscu uśmiechając się do wszystkich.
Tylko jedna osoba w pomieszczeniu nie odezwała się ani słowem.
Pewien rudowłosy gryfon wstał gwałtownie i wyszedł z Sali uderzając z wściekłością pięścią  w mur.

~.oOo.~

- Hermiona? - cichy głos Ginny dobiegł do starszej gryfonki. 
- Cześć, Gin. - odparła tamta bezsilnym tonem. Harry wyszedł jakiś czas temu, żeby dać jej trochę pomyśleć. 
Rudowłosa weszła niepewnie do pokoju i zamknęła za sobą drzwi.
- Merlinie, ty na prawdę żyjesz.. - szepnęła i przytuliła mocno przyjaciółkę. Trwały tak przez chwilę w ciszy, po czym Weasley'ówna odsunęła się od Hermiony, ocierając pojedynczą łzę z policzka. - Nie mogłam pogodzić się z myślą, że...
- Spokojnie, nic mi nie jest. - rzekła gryfonka.
- Dobrze... - przez chwilę milczała, po czym zdecydowała się zadać to dręczące ją pytanie. - Dlaczego? Miona, dlaczego? - powtórzyła pół-szeptem. 
Brunetka usiadła na łóżku, opierając się o framugę i utkwiła smutny wzrok w podłodze. Wypłakała tyle łez, iż dziwnym było, że jej oczy jeszcze całkiem nie wyschły. Teraz nie miała już nawet na to siły. Była jednak pewna jednego. Już nigdy nie popełni tego samego błędu. Już nigdy nie spróbuje odebrać sobie życia.
Podniosła oczy. W ciągu kolejnej godziny wyjaśniła Ginny wszystko cichym i spokojnym głosem.

~.oOo.~

Minęły dwa tygodnie, podczas których Hermiona zdążyła poukładać praktycznie wszystkie swoje sprawy. 
 Pogrzeb jej rodziców odbył się na dwa dni po całym incydencie. Po wszystkim gryfonka zajęła swoje myśli nauką i nadrabianiem zaległości, powoli wracając do roli prefekt naczelnej.
Życie w Hogwarcie toczyło się naturalnym torem, a na zewnątrz robiło się coraz chłodniej. Zima zbliżała się wielkimi krokami. 
Uczniowie dość szybko przeszli nad ostatnimi wydarzeniami do porządku dziennego, traktując je wszystkie ze sporym dystansem. Wszystko wróciłoby zapewne do normy, gdyby nie pewien żuk, przechadzający się po terenach Hogwartu.
- Znów to zrobiła, wredna baba! - krzyknęła gryfonka siadając przy stole, na przeciw Harry'ego i Ginny.
- O co chodzi Miona? - spytała Ginny. Na widok proroka codziennego zrozumienie pojawiło się w jej oczach. - Czy to znów Skitter? - spytała, biorąc od dziewczyny gazetę. 
Zdjęcie na pierwszej stronie przedstawiało wyraźnie młodszą niż teraz Hermionę, która krzyczała na Ron'a. Fotografia musiała pochodzić z ich 4 roku, gdyż dziewczyna ubrana była w balową sukienkę. Ogromny tytuł głosił zaś: 

''W zemście za zdradę, sfingowała samobójstwo!'' 

- Uhhh, jak dorwałabym ją w swoje ręce... - warknęła Ginny. - Przeklęty babsztyl.
- Nie przejmuj się Miona, jutro wymyśli kolejny skandal i nikt nie będzie o tym pamiętać - rzekł Harry, odgryzając kawałek tosta z marmoladą.
W sali rozległ się głośny szum, spowodowany trzepotem dziesiątek sowich skrzydeł, zapowiadającym poranną pocztę.
- Patrzcie - Ginny wskazała w kierunku Ron'a, przed którym wylądował wszystkim znany Errol. Weasley odwiązał od jego nóżki czerwoną kopertę, po czym skrzywił się rozpoznając wyjca. Rzucił szybkie spojrzenie w kierunku Hermiony i szybko wyszedł z pomieszczenia.
- Taki wyjec to za mało - skwitował Harry, mimo wszystko uśmiechając się pod nosem. 
- Pani Weasley pewnie zobaczyła ten kretyński artykuł. - jęknęła gryfonka, nakładając sobie trochę jajecznicy na talerz.
- A to od kogo? - spytała rudowłosa.
- Hm? -mruknął chłopak, który dopiero teraz zobaczył, iż on również coś dostał.
Na stole stał czarny kruk, czekając spokojnie, aż od jego nóżki zostanie odwiązany list.
Gryfon wziął kawałek papieru. Było to krótka wiadomość, napisana nie znanym mu pismem. Zawierała zaledwie cztery słowa:

Nie uciekniesz przed przeznaczeniem.
  
- Co tam pisze, Harry? - spytała Hermiona.
Wybraniec wpatrywał się w staranie wykaligrafowane słowa. Nie miał pojęcia co o tym myśleć. Kto był nadawcą? Rozejrzał się dookoła, jednak wszyscy zajęci byli jedzeniem, nikt nie zwracał na niego uwagi. Zatem to nie mógł być głupi kawał hogwartczyków.Więc co? Postanowił przemyśleć to później.
- Harry? - Gryfonka wyglądała na zaniepokojoną. - O co chodzi?
- To... - zająknął się - Nic ważnego. Kolejny głupi żart ślizgonów. - wymyślił na poczekaniu. Zadziwiające, jak płynnie nauczył się kłamać. - Nie zwracaj na to uwagi.
- Skoro tak mówisz. - odparła dziewczyna, przyglądając mu się uważnie. 
Po chwili jednak na powrót zajęła się jedzeniem. Dość miała zmartwień.
 
~.oOo.~
Tego samego wieczoru Harry wszedł na wieżę astronomiczną, by pomyśleć. Wiele spraw było niejasnych, a to miejsce idealnie nadawało się do rozmyślań.
Gdy podszedł do barierki zorientował się, że nie był sam.
- Miona? - spojrzał na dziewczynę.
Ta nie zareagowała. Stali przez kilka minut w ciszy.
- Wiesz Harry... - zaczęła w końcu gryfonka - Jako dziecko myślałam, że jeśli będę się uczyć i w miarę dobrze postępować, moje życie będzie proste i udane w każdym calu. - uśmiechnęła się smutno. - Potem przeżyłam wojnę, zdradę i śmierć najbliższych. Przekonałam się na własnej skórze, że tak nie jest. Ale wiesz... - spojrzała na chłopaka - To może i lepiej, że nie żyję już w bajce. A skoro wiem, że dobre postępowanie nie zapewni mi owocnego życia, mogę robić coś, czego wcześniej nie przyjmowałam do wiadomości. Mogę nienawidzić.
Wybraniec nie odpowiedział. Patrzył tylko na jezioro w zamyśleniu.
- Nienawidzę ich Harry - szepnęła dziewczyna. - Szczerze nienawidzę, a nie wiem nawet kim są.
- Walkirii..? - gryfon bardziej stwierdził niż zapytał.
Hermiona skinęła głową.
- Pierwszy raz w życiu, mam ochotę życzyć komuś śmierci. - stwierdziła ze smutnym uśmiechem. - Muszę już iść. - dodała po chwili. Zatrzymała się jednak w półkroku.
- Harry - zwróciła się do chłopaka - Nie podziękowałam ci jeszcze za to co zrobiłeś.
Ten podszedł do niej i objął ją mocno.
- Nie dziękuj. To było egoistyczne z mojej strony. -odparł.
- Dlaczego? - dziewczyna spojrzała na niego ze zdziwieniem w oczach.
- Bo nie mógłbym bez ciebie żyć. - szepnął i w przypływie nagłego impulsu, musnął jej usta swoimi. To nie było jak zwykły pocałunek. To było coś o wiele bardziej czułego, delikatnego i czystego.
Odsunął się i zszedł po schodach zostawiając na wieży oniemiałą gryfonkę.

  

Sowa - Jeśli jesteś ciekawy/a...

Witam!
Hm... Jakby tu zacząć po roku nieobecności... Może tak:
''Wena to dziwka'' - poetycko prawda? To chyba jedno z trafniejszych określeń z jakimi się spotkałam.
Kolejnym jest ''Nie przekładaj na jutro tego, co możesz zrobić dzisiaj'', choć o wiele bardziej podoba mi się wersja:
''Nie przekładaj na jutro tego, co możesz zrobić pojutrze''. Do mojego wewnętrznego, nieposkromionego lenia, pasuje idealnie. No ale co można powiedzieć o osobie, która po spadnięciu z łóżka w środku nocy, zastanawia się w jak dużym stopniu jest jej niewygodnie, żeby stwierdzić czy warto wracać na górę? No właśnie. Do czego zmierzam...

Minął rok. Rok, podczas którego zdążyłam zrobić wiele, między innymi napisać kilka fanfic'ów, które mam nadzieję wrzucić kiedyś do sieci. Rok, podczas którego sporo się zmieniło. Rok, podczas którego nie wrzuciłam tu żadnego rozdziału...
Mogłabym was przepraszać w nieskończoność i jest mi okropnie głupio wracać po tak długim braku odzewu.

Postanowiłam jednak pomęczyć was jeszcze trochę tym opowiadaniem, na które (całe szczęście) znów naszła mnie wena. Jednak nawet gdy jej nie będzie, mam ustanowiony cel, jakim jest skończenie wreszcie fanfic'a, którego pisanie zaczęłam mając 13 lat. Blog założyłam po roku, który pierwsze rozdziały przeleżały spokojnie w szufladzie, nie ruszone. Czyli zasadniczo minęły 3 lata, a ja wciąż tkwię niemal w punkcie wyjścia. (Odnoszę wrażenie, że coraz bardziej się pogrążam...)

W takim razie kończę tę przydługą wymówkę i zapraszam na rozdział 9, który już zapewne jest dostępny.
Życzę miłego czytania i mam cichą nadzieję, że ktoś jednak ucieszy się z mojego powrotu zanim oberwę tymi wszystkim Cruciatus'ami. Tak więc komentujcie i motywujcie mojego lenia do dalszej pracy.

Pozdrawiam was wszystkich i jeszcze raz przepraszam,
~Morsmorde

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Rozdział VIII



Hey ;3

Rozdział miał być wrzucony wczoraj ale szalały takie burze, że bałam się włączyć komputer.
Nie szczególnie podoba mi się to co napisałam, ale oddaję do waszej dyspozycji. Miłej lektury ;*
[Komentujcie! Nawet jeśli wstawicie kropkę w komentarzach na dole, będzie to dla mnie dużo znaczyć.]

~Morsmorde

Rozdział 8

   
   Dumbledore siedział w swoim ulubionym fotelu za biurkiem i popijał owocową herbatkę.

Z lekkim uśmiechem na twarzy patrzył jak magia spowrotem doprowadza jego gabinet do stanu urzywalności.
Więc jednak się nie pomylił. Chłopak naprawdę czuje coś do tej dziewczyny. 
Kto by pomyślał... 
Jego uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej gdy po pół-godzinie do gabinetu wpadła jego zastępczyni. Naprawdę rzadko zdarzało mu się widzieć tę kobietę bladą i zdyszaną od biegu.

- Profesor McGonagal? Czy coś się stało? - spytał uprzejmie.

- Tak, Albusie! Wyszłam na błonia, akurat miałam przerwę w zajęciach i nie zgadniesz kogo tam spotkałam! - dyrektor uniusł lekko brwi - Pannę Granger!

- Naprawdę? - Dumbledore udał zaskoczenie. - To doprawdy niezwykłe.

Nauczycielka transmutacji spojrzała na niego uważnie.

- Wiedziałeś, tak? - rzekła po chwili oskarżycielsko.

- Owszem. - w oczach dyrektora zalśniły złote iskierki.

- Jak?

- Zdaje się, że to ty sama przekazałaś pannie Granger Zmieniacz Czasu. Wygląda na to, że dobrze sie stało. - odpowiedział dyrektor z uśmiechem. - Byłbym wdzięczny gdybyś powiadomiła resztę grona pedagogicznego. - wciąż oniemiała profesorka kiwnęła głową - Gdzie teraz jest panna Granger?

- Wraz z panem Potter'em udali sie do skrzydła szpitalnego. Poleciłam im aby użyli peleryny niewidki. Nie wiadomo jaka byłaby reakcja pozostałych studentów na widok dziewczyny.

- Bardzo dobrze. Dziś podczas kolacji przemówię do uczniów aby wszystkim wyjaśnić tę sytuację.

- Jak zamierzasz im to wytłumaczyć? Przecież dziś rano uczestniczyli w pogrzebie! - zbulwersowała się opiekunka Gryfonów.

- Zostaw to mnie, Minerwo.

~.oOo.~


   - Pani Pomfrey - zawołał Harry, wychodząc spod peleryny niewidki.

Gdy tylko McGonagal się ocknęła, kazała im udać się do skrzydła szpitalnego, a sama pognała do gabinetu dyrektora. Kto by pomyślał, że ta kobieta ma tyle energii.

- Oh! Na miłość Boską, panie Potter! Co pan wyprawia?! - krzyknęła pielęgniarka, zaskoczona nagłym pojawieniem się ucznia.

- Przepraszam - zreflektował się

- No, już lepiej. Co cię do mnie sprowadza? Mam nadzieję, że nic poważnego?

Harry zawahał się przez chwilę, po czym zdjął magiczny płaszcz również z Hermiony.

- Na Merlina! Panna Granger?! - pielęgniarka wpatrywała się z niedowierzaniem w dziewczynę. - Przecież...- zaczęła rzucać na dziewczynę zaklęcia skanujące. - To niemożliwe... - spojrzała pytająco na Złotego Chłopca.

- Zaraz po tym... prof... eee... - zająknął się Harry - Podałem jej wywar żywej śmierci. A godzinę temu antidotum. Przyszliśmy sprawdzić czy wszystko poszło dobrze.

Pomfrey spojrzała na niego surowo.

- Chcesz mi powiedzieć, że oszukaliście zarówno mnie jaki i resztę uczniów oraz nauczycieli? - rzekła z furią.

- T-tak... Tak jakby. - przyznał chłopak z lekką skruchą.

Pielęgniarka spiorunowała go wzrokiem.
Po chwili jednak odzyskała swój profesjonalizm.

- No już, panno Granger proszę tutaj podejść. - zaprowadziła wciąż skołowaną dziewczynę do szafki, z której wyjęła fiolkę z pomarańczowym płynem. - To eliksir wzmacniający.

Hermiona podniosła naczynie do ust i wypiła jednym haustem. Skrzywiła się lekko ale odrazu poczuła przypływ energii.

- Nie może się przemęczać. Niech dzisiaj odpocznie, a na zajęcia może iść w poniedziałek. Jeśli oczywiście dyrektor wyrazi zgodę.

- Dziękujemy. - rzekł Harry

- Potter.

- Tak?

- Nie życzę sobie więcej takich numerów. Czy to jasne?

- Tak jest. - obiecał po czym chwycił dziewczynę za rękę i wyprowadził z pomieszczenia.

- Harry... O co chodziło z tym eliksirem? - spytała gryfonka gdy byli już na korytarzu.

Wciąż była lekko skołowana. Dopiero co obudziła się na błoniach, a Harry odrazu zaciągną ją tutaj. - Nic nie pamiętam.

- Hermiono, miałaś odpoczywać. Może chodźmy do dormitorium i wtedy porozmawiamy. - zaproponował Wybraniec.

- Nie przesadzaj, nic mi nie jest. - odpowiedział dziewczyna, jednak widząc nieugięte spojrzenie chłopaka, dodała - No dobrze. Chodźmy do mojego pokoju.


~.oOo.~


- No, więc o co chodzi? - ponagliła gryfona, gdy położyła się już wygodnie na łóżku.

Wybraniec usiadł obok, na materacu.

- Eh... Hermiono... To nie jest takie proste. Nie chcę żeby to się powtórzyło. Ta sytuacja... - plątał się. - Obiecaj, że nie ważne co teraz powiem, nie zrobisz tego znowu.

- Czego nie zrobię, Harry?

- Ty... Ty nie... Po prostu obiecaj. - spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.

- Dobrze - powiedziała ostrożnie dziewczyna.

- Ty... Chciałaś się zabić... Zrobiłaś to, prawie - urwał widząc wyraz twarzy przyjaciółki - Snape... Ja cofnąłem się w czasie i po tym jak skoczyłaś do jeziora podałem ci ten eliksir, żeby mogli cię zabrać. Po pogrz... To znaczy... potem dostałaś antidotum. Co było dalej chyba pamiętasz.

- Jakoś trudno uwierzyć w to co mówisz. - odezwała się dzoiewczyna, po chwili milczenia. - Dlaczego miałabym zrobić coś takiego?

- Bo... Jest jedna rzecz... Twoi rodzice.

- Hm? Co z nimi?

- Oni nie żyją. Przynajmniej tak twierdzi Dumbledor.

- Co? - Hermiona zbladła widocznie. - O czym ty mówisz, Harry?

- To podobno były Walkirie. Ten zakon. Tak mi przykro, Miona. - dodał.

Gryfonka miała uczucie de-ja-vú.
Teraz sobie przypomniała.

Rozpacz. Pustka. Chłód. Woda. Skok. Ból. Ciemność. Harry.

Zaczęła ją boleć głowa. Zdała sobie sprawę, że jej policzki są mokre od łez.
Szloch wydarł się jej z gardła. Nieświadomie przylgnęła do chłopaka.
Ten przytulił ją mocno.

- Dasz radę Miona. Poradzisz sobie z tym. Będę przy tobie.

Odpowiedziała mu cisza.

~.oOo.~


   Pokój nauczycielski wypełniały szmery rozmów.
Każdy z profesorów dostał pilną sowę z zawiadomieniem o spotkaniu.
Nikt nie wiedział o co chodziło, niektórzy domyślali się tylko, że miało to prawdopodobnie związek z ostatnimi wydarzeniami. No, prawie nikt.
Snape siedział na swoim miejscu z kpiącym uśmieszkiem obserwując całe zamieszanie.

- Zapewne zastanawiacie się, dlaczego was tutaj zgromadziłam. - rzekła McGonagal wchodząc do pomieszczenia. - Ostatnie wydarzenia były szczególnie trudne dla nas wszystkich. Jednak mam wam do przekazania ważną wiadomość. Otóż panna Granger - kilku nauczycieli westchnęło ze smutkiem - żyje. - dokończyła opiekunka gryfonów.

W pomieszczeniu zapadła cisza.

- Słucham? - odezwała się po chwili profesor Vector. - Przecież dziś rano był pogrzeb. Chyba nie rozumiem.

- Dla mnie również było to trudne do przetrawienia i pomimo tego jak bardzo się cieszę z tej wiadomości, może ona wywołać skandal. W jutrzejszym proroku z pewnością ukaże się artykuł o samobójstwie na terenie szkoły, podczas gdy do takowego nie doszło. Wielu rodziców na pewno będzie nie zadowolonych z faktu w jakim otoczeniu przebywają ich dzieci.

- Hm, wszystko pięknie Minerwo, ale co się stało z panną Granger? - odezwał się Flitwick.

- Żyje Filiusie. Trafiłam na nią przypadkiem tego ranka. Odesłałam ją razem z panem Potter'em do skrzydła szpitalnego. Albus twierdzi, że chłopak użył Zmieniacza Czasu.

- To było niezwykle ryzykowne. Jak mu się to udało bez zmiany biegu wydarzeń? - dopytywała się Hooch.

- Niestety, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Myślę jednak, że wszyscy się zgadzamy, iż wyczyn pana Potter'a był wybitny.

Nauczyciele pokiwali zgodnie głowami. Z jednym wyjątkiem.
Snape prychnął.

- Oczywiście, święty Potter. Wybraniec. Bo kto inny jak nie on mógł dokonać czegoś takiego? - zakpił. Wstał od stołu zły jak wszyscy diabli i wyszedł z pomieszczenia, trzaskając głośno drzwiami.

Nauczyciele popatrzyli po sobie ze zdziwieniem. O co tym razem chodziło Mistrzowi Eliksirów?
Nie minęła minuta, jak przez drzwi do pomieszczenia weszła pani Pomfrey.

- Oh, Poppy dobrze, że jesteś. Co z dziewczyną? - spytała McGonagal.

- Wszystko dobrze. Jest trochę zmęczona ale to normalne. - odpowiedziała pielęgniarka.

- Wiesz coś o tym jak panu Potter'owi udało się ją ocalić? - spytała Sprout. - Albus nic więcej nie powiedział, oprócz wzmianki o Zmieniaczu Czasu.

- Oh, tak. Pan Potter wspomniał coś o Wywarze Żywej Śmierci. Ponoć podał antidotum dziś rano. Podejrzewam, że Severus maczał w tym palce.

- Severus? - zdziwiła się Vector. - Czemu miałby pomagać panu Potter'owi? Nienawidzą się.

- Cóż, co by nie było panna Granger żyje, a my musimy uporać się z uczniami, którzy z pewnością będą chcieli wiedzieć jak najwięcej na ten temat. Albus przemówi do nich podczas kolacji. Miejmy tylko nadzieję, że do Rity Skitter nie dotrze informacja o ostatnich wydarzeniach. - rzekła zastępczyni dyrektora, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to graniczyłoby z cudem.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział VII

Hey ;d
Rozdział miał być wczoraj, niestety nie mam dostępu do komputera i pisałam go na telefonie, stąd opóźnienie.
Mam nadzieję, że nie będzie błędów. Wszystko poprawię kiedy dorwę się do komputera. Tymczasem zapraszam do lektury ;3

~Morsmorde

Rozdział 7


    Wybraniec z przerażeniem wpatrywał się w stojącą przed nim postać.

- Ciekawa i zaskakująca rzecz - Czas. Prawda, panie Potter? - odezwał się Mistrz Eliksirów.

- Ja... Nie wiem o czym pan mówi, profesorze. - Harry postanowił grać na zwłokę. Może Snape się nabierze i uwierzy, że nie tego Pottera szukał.

- Jak to brzmi - westchnął w myślach Gryfon - ktoś naprawde powinien mnie przebadać.

- Och nie bredź Potter! Widziałem jak wybiegasz od Fariares'a. Swoją drogą, czyś ty kompletnie zdurniał?! Nikt nie może cię widzieć! I czemu twoje ubranie jest mokre? Czyżbyś zapomniał gdzie jest toaleta, Potter? - dodał kąśliwie.

To otrzeźwiło Gryfona.
 Zacisnął ze złością zęby i nie zważając więcej na obelgi, wyciągnął pojemnik z kieszeni.

- Profesorze, może mi pan powiedzieć co to jest? 

- Mydelniczka, Potter. - Mistrz Eliksirów uśmiechnął sie kpiąco. Już miał cos dodać gdy chłopak mu przerwał. 

- Nie! Pytam co to za eliksir. - otworzył pojemnik. - profesor Fariares dał mi herbatę. Coś w niej było. Ale nie wiem jaka to mikstura...

- Oczywiście, że nie wiesz Potter. Nigdy nie uważałeś na moich zajęciach. - wziął od Gryfona pudełko i powąchał. Po chwili  na jego twarzy zagościł krzywy uśmieszek. - Tyle razy próbowano ci podać ten eliksir, a ty dalej go nie rozpoznajesz? Eh... Potter, dno.

- Może gdybyś nie był taki wredny na swoich zajęciach, więcej bym umiał! - wzburzył sie Harry.

- Panuj nad sobą! Nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na 'ty'. 

- Mam to gdzieś! - Cała frustracja z ostatnich dni wezbrała w Gryfonie. - Mam to gdzieś, Snape! Wali mnie to! Odkąd skończyłem pieprzone jedenaście lat ludzie śledzili każdy mój ruch, znali każdy aspekt życia Chłopca-Który-Kurwa-Przeżył! Potem pojawił sie Voldemort i cały czarodziejski świat schował się w swoich norach, patrząc na Wybrańca, który miał uratować ich tyłki. Nie interesowało ich że miał tylko 15 cholernych lat! Ale zrobiłem to! Zabiłem Tego, którego imienia nie wolno wymawiać! Myślałem, że wreszcie będę mieć spokój. - uśmiechnął się bez wesołości - Ale nie. Pojawiły się jakieś pieprzone Walkirie, które postawiły sobie za cel zepsuć mi resztę życia. Pokłóciłem się z Ron'em, a moja najlepsza przyjaciółka popełniła samobójstwo. Cofam sie w czasie żeby ją uratować, a ty kurwa się tu zjawiasz i mówisz mi, żebym   nad sobą panował?! Jaja sobie ze mnie robisz?! - oddychał ciężko, a serce waliło mu jak młotem. Nie miał już siły. Usiadł na ziemi i oparł sie zrezygnowany o ścianę. - Zabij mnie Snape. - wymamrotał - Mam dosyć tego pieprzonego świata.

Mistrz Eliksirów przypatrywał mu się z zainteresowaniem. Tyle lat marzył o tym aby zobaczyć tego chłopaka w takim stanie.
 Z drugiej strony, dzieciak nie mógł sie załamać, był Wybrańcem. 
Skrzywił się na wspomnienie tego tytułu. 
Niesamowite jaką sławę może spowodować jedna blizna. Sam miał ich wiele. Pamiątki po spotkaniach z Czarnym Panem.

- Jeśli zginiesz, nie uratujesz już swojej przyjaciółki. - odrzekł spokojnie. Pokpi z niego później. Teraz nie ma na to czasu. Kiedy nie doczekał się reakcji, dodał. - Nikt nigdy nie powiedział, że życie będzie kolorowe Potter. - Kto by pomyślał, że będzie robił za Gryfońskiego psychologa. Prychnął zirytowany. - Jeśli chcesz sie nad sobą użalać, to nie przy mnie. Mam ciekawsze zajęcia. - rzucił mu pod nogi Zmieniać Czasu. - Mam nadzieję, że nie będę musiał znów ratować twojego drogocennego tyłka Potter. - zakpił, po czym rzucił na siebie zaklęcie kameleona i odszedł korytarzem.

Harry siedział tak jeszcze kilka minut. 
Dopiero kiedy dotarło do niego, że ktoś może go zobaczyć, postanowił się ruszyć.
Korzystając z okazji, że trwały zajęcia przekradł sie do Wierzy Gryffindor'u po pelerynę niewidkę i mapę Huncwotów.
Przeszedł na główny hall, tym razem pod magicznym płaszczem.
Zastanowił się chwilę po czym wyszedł na zewnątrz i skierował się blisko miejsca gdzie Hermiona skoczyła ze skał.
Postanowił poczekać na przyjaciółkę kilka godzin, w ukryciu. 
Dopiero po chwili dotarło do niego, że Mistrz Eliksirów nie odpowiedział na jego pytanie.

- Świetnie. - warknął. - Nie wiem nawet czym chciał mnie otruć ten facet. Dodatkowo zbłaźniłem się przed Snape'em. Super. - Usłyszał głośny grzmot tuż nad głową. Po chwili zaczął padać deszcz, całkowicie mocząc ubranie Złotego chłopca. - Ten dzień zapowiada się coraz lepiej. - mruknął zrezygnowany.

  ~.oOo.~

Kilka godzin później obudził go trzask łamanej gałęzi. Nawet nie zauważył kiedy zasnął. Przestało padać, a na dworze było już ciemno.
Podniósł wzrok.

- Oczywiście - sarknął w myślach. - Kto inny mógłby przyjść?

- To znowu pan. - rzekł na głos.

- To chyba oczywiste. Ktoś musi pilnować twojego tyłka, Potter. - odezwał się chłodno Snape. Po chwili jego twarz przeciął krzywy uśmieszek. - Zmokłeś, Potter? Już zapomniałeś jaka dziś była pogoda? Z taką amnezją to cud, że pamiętasz aby nosić ubranie na sobie. - zakpił.

Harry zacisnął zęby. No bo co miałby niby powiedzieć? Rzeczywiści zapomniał. Chcąc wybrnąć z sytuacji, spytał:
- Więc co to był za eliksir?

- Veritaserum. Ale powiedz mi Potter, co chciał wiedzieć Fariares?

- Pytał o Hermionę. O jej rodzinę. - popatrzył na profesora.

Mistrz Eliksirów miał nieczytelny wyraz twarzy.
Stali tam przez kilka minut, gdy nagle ciszę przeciął stukot czyichś kroków.
Momentalnie odwrócili się w tamtą stronę.
To była Hermiona. 
Jako że stali za dosyć rozłożystym krzewem, nie mogła ich zobaczyć.
Wspięła się na skały i stanęła na krawędzi klifu.
Gdy przysunęła się bliżej krawędzi, Harry wyrwał sie do przodu aby nie dopuścić jej do skoku.
Przeszkodziła mu w tym jednak silna ręka, która złapała go za nadgarstek.

- Co ty robisz?! - warknął na Snape'a - Puszczaj!

- Uspokój się Potter. Nie możesz jej pomóc teraz. Musi skoczyć bo inaczej  zaburzysz bieg wydarzeń.

- Mam gdzieś bieg wydarzeń! - krzyknął, jednak w tym momencie usłyszeli głośny plusk i hałas wody uderzającej o skały. - Hermiona! - krzyknął.

- Cicho Potter! Szybko wlej jej to do ust i dopilnuj żeby przełknęła - podał Gryfonowi fiolkę z eliksirem - Szybko!

Wybraniec wyrwał sie do przodu. Odrazu znalazł dziewczynę. Wyglądała tak samo jak wtedy gdy ją znaleźli...

- Zaraz, co?! - Zaklął szpetnie. 

Przecież on i Snape za chilę tu będą. Nie miał ani chwili do stracenia. Pochylił sie nad Hermioną i wlał jej do ust eliksir. Pomasował gardło aby przełknęła, przez chwilę rozkoszując sie dotykiem jej gładkiej skóry i wycofał sie szybko. W ostatniej chwili zdążył się ukryć. 

Usłyszał tupot kroków i po chwili zobaczył siebie i Mistrza Eliksirów podnoszących Gryfonkę i bez słowa transportujących ją do zamku.

Odetchnął gdy dwie postacie znalazły się poza zasięgiem wzroku.

- W ostatniej chwili Potter. - skomentował jego wyczyn Snape.

- Co to było tym razem?

- Wywar żywej śmierci. - odpowiedział spokojnie profesor.

- Co?! Zabiłeś ją?!

Snape westchnął teatralnie.

- Nie, Potter. To jest wywar ŻYWEJ śmierci. Obudzi się gdy podam antidotum.

- Ale jak to się ma do ratowania jej? - spytał chłopak, nieco uspokojony.

- Gryfoni... - mruknął Snape. - Mikstura wprowadziła ją w stan, w którym nie wykazuje żadnych funkcji życiowych, więc wszyscy pomyślą, że nie żyje. Łącznie z Pomfrey - dodał uprzedzając pytanie Gryfona. - Po pogrzebie wyjmiesz ją z trumny i podasz antidotum. Odczekacie godzinę, aby twoja wersja z przeszłości zdążyła użyć zmieniacza i wrócicie do zamku. W między czasie możecie porozmawiać na te ckliwe tematy. - zakpił.

- To całkiem dobry plan... - przemknęło Gryfonowi przez myśl gdy zadawał kolejne pytanie:
- Pani Pomfrey domyśli się, że Miona jest pod działaniem eliksiru, przecież to pielęgniarka.

Snape popatrzył na niego krzywo. Gdyby Harry znał go lepiej, wiedziałby, że mężczyzna poczuł się tym urażony.
- Potter, nie wiem czy pamiętasz ale jestem Mistrzem Eliksirów. Potrafię uważać miksturę, której nie da się wykryć, zwłaszcza w tak krótkim czasie od podania. Dopiero po kilku dniach mogłyby pojawić się pewne oznaki jej działania. - wyjaśnił.

- Yhym. - mruknął Wybraniec. - Skoro mam czekać do jutra rana, to chyba muszę gdzieś spać, prawda?

- Schowaj sie pod tym cholernym płaszczem.

- A pan? - spytał chłopak. Właściwie niezbyt go obchodziło gdzie spędzi tę noc nietoperz, na pewno znajdzie sobie jakąś salę tortur w lochach. Był po prostu ciekawy co przez tyle czasu zamierza robić Snape.
- To już nie twoja sprawa, Potter. - warknął profesor. - Uważaj żeby nikt cię nie widział.

- Jasne.

- Tu masz antidotum. Podaj tak samo jak wcześniej. - rzekł były śmierciożerca, po czym oddalił sie szybkim krokiem.

Po chwili Harry był już sam. 
Nie wiele myśląc, rzucił na siebie czar ogrzewający i zakryty peleryną ułożył się wygodnie na trawie między skałami.
Zasnął po kilku minutach.

   ~.oOo.~

Kiedy przekradał się przez błonia, wciąż przykryty magicznym płaszczem, słońce stało już wysoko. 
Według jego obliczeń miał około godziny czasu. 
Biały grub z daleka rzucał się w oczy.
Podszedł do lekkiego wzniesienia.
Uniósł pokrywę zaklęciem i zbliżył się do nagrobka. Tym razem ujrzał przyjaciółkę na czerwonym postumencie. Pojedyncza łza spłynęła po jego policzku gdy wyciągał Hermionę. 
Kiedy ta leżała już bezpiecznie na trawie, odłożył pokrywę na miejsce.
Wziął dziewczynę na ręce i ruszył szybkim krokiem w stronę swojej poprzedniej kryjówki. Wiedział, że niedługo przyjdzie tu jego przeszła wersja.
Gdy dotarł na miejsce, delikatnie ułożył Gryfonkę na murawie.
Wyciągnął z kieszeni szaty antidotum i zawahał się, gdy jego ręka dotknęła twarzy dziewczyny.

Wyglądała tak spokojnie gdy spała. Pani Pomfrey wyleczyła wszystkie rany i siniaki, więc nic nie szpeciło jej skóry. Harry przyglądał się tej lekko zaróżowionej skórze. Przesunął po niej palcem. Była taka delikatna i gładka. Idealna.
Gryfonka była naprawde ładna. Szczupła z tymi orzechowymi oczami i (teraz już ujarzmionymi) kręconymi włosami. Oczywiście Harry'emu imponowała również inteligencja dziewczyny i charakter. Nigdy się nie poddawała i walczyła o lepszy byt innych. Uśmiechną się na wspomnienie o organizacji WESZ.
Dziwne, że dopiero teraz zdał sobie sprawę jak wiele ta dziewczyna dla niego znaczy. 
Wcześniej zawsze myślał o niej z Ron'em. Teraz dopiero widział jak bardzo niedopasowany był ich związek. Zastanowił się czy gdyby to on od początku był z Hermioną, to byliby teraz w takiej sytuacji.

- Pewnie nie. - mruknął. Szkoda, że  tak zawiódł się na Ron'nie. Już zaczynało mu brakować przyjaciela. 

Z tych rozmyślań wyrwało go pojawienie się skrzata domowego i towarzyszące temu ciche "pop".
Uśmiechnął się lekko gdy rozpoznał stworzenie.

- Cześć Zgredku. - przywitał się. Skrzat miał na sobie dwie różnokolorowe skarpety i jasnoniebieski, przydługi sweter. - Coś się stało?

- Dzień dobry Harry Potter, sir. Zgredek nie chce przeszkadzać paniczowi ale profesor Snape wezwał Zgredka i kazał mu przekazać Harry'emu Potter'owi, że panicz Harry ma jak najszybciej podać antidotum bo inaczej mogą pojawić się komplikacje. Zgredek nie wie co ma o tym myśleć Harry Potter, sir. - powiedział skrzat jak zwykle używając trzeciej formy.

- Dziękuję Zgredku. Jeśli to wszystko to jesteś wolny.

- Oczywiście Harry Potter, sir. Gdyby Zgredek był potrzebny, proszę wezwać Zgredka. Zgredek jest wolnym skrzatem ale dla pana Harry'ego Potter'a zrobi wszystko. - to powiedziawszy zniknął, tak jak się pojawił z cichym "pop".

Gryfon pokręcił lekko głowa na to wyznanie i wspominając słowa Snape'a, szybko wlał miksturę do ust przyjaciółki. Potarł jej gardło aby przełknęła i usiadł obok, czekając aż ta się obudzi.

Po kilku minutach usłyszał stłumione kaszlnięcie, potem drugie. Odwrócił się w stronę dziewczyny i obserwował jak ta się podnosi do siadu.

- Harry...? - Hermioną popatrzyła na niego zdezorientowana. - Co się stało? Miałam okropny sen... - nie dokończyła bo chłopak złapał ją w mocnym uścisku.
 Zaskoczona objęła przyjaciela, a gdy ten się odsunął, spytała. - Ale gdzie my właściwie jesteśmy? 
Wybraniec, pomimo ogromnej radości z odzyskania przyjaciółki, uśmiechnął sie smutno. 

- Hermiono... - zaczął nie pewnie.

- A co to za schadzka, hm? - dobiegł ich dobrze znany im głos. Z za zasłaniających ich roślin wyłoniła się ich opiekunka. - Dobrze wiecie, że nie wolno wam sie tak bardzo oddalać od zamku, zwłaszcza w czasie... - zacięła się gdy jej wzrok padł na Hermionę. - Dobry Boże... - jej oczy urosły do nienaturalnych rozmiarów. Zbladła.
 Z otwartymi ustami przyglądała się dwójce siedzących przed nią Gryfonów, po czym chwyciła się za głowę i upadła na ziemię.
 Straciła przytomność.

piątek, 31 lipca 2015

Rozdział VI

Tak jak mówiłam już wcześniej, nowe rozdziały pojawią się w ten weekend
Zapraszam do komentowania!
Miłego czytania,
~Morsmorde
Rozdział 6

- Wejść.
Ostrożnie otworzył ciężkie drewniane drzwi. Pomieszczenie było nieduże, a mimo to z góry do dołu wypełnione książkami i składnikami eliksirów. Mahoniowe biurko stojące po środku pokoju, zawalone było stosami pergaminów, które zapewne były sprawdzianami któregoś rocznika. Jednak sądząc po natężeniu czerwieni na kartkach, Harry wątpił aby poszły im dobrze. Za biurkiem siedział Snape, bazgrząc coś atramentem.
- Wejdziesz czy będziesz tak stać w drzwiach? - uniósł wzrok znad pergaminów, spodziewając się ujrzeć któregoś ze Ślizgonów, opcjonalnie Albus, jednak gdy zobaczył swojego gościa, otworzył usta ze zdziwienia. Ale tylko na chwilę. Zamknął je i przybrał swój kpiący wyraz twarzy.
- Czego chcesz, Potter? Jeśli chodzi o twój egzamin... - uśmiechnął się wrednie - to nie zasłużyłeś nawet na T. Jak widać poziom twojej inteligencji, jeśli w ogóle takową posiadasz, nie przekracza stopnia jakim mogą poszczycić się trolle.
Słowa profesora nie zrobiły teraz na Harry'm większego wrażenia. Może w innych okolicznościach zareagowałby złością ale w tym momencie miał większy problem.
- Nie, profesorze. Przyszedłem prosić o ... - nie był w stanie tego wymówić. Była jeszcze możliwość się wycofać. Przed oczami pojawił mu się paradoksalny obraz Snape'a w koszulce wolontariusza.
- O...? - och Potter skup się! - No wykrztusisz to z siebie? Jesteś żałosny Potter.
- Przyszedłem prosić o pomoc. - wypalił na jednym wdechu. Snape natychmiast ukrył wyraz zaskoczenia pod maską obojętności, jednak jego oczy patrzyły na Harry'ego dziwnym wzrokiem.
- Jesteś samobójcą, Potter? - powiedział w końcu, uważnie lustrując go spojrzeniem. - Jak widać u Gryfonów to norma - dodał po chwili, uśmiechając się wrednie. - Jeśli chcesz się komuś wypłakać, to idź do swojej opiekunki, ostatnio ma w tym wprawę. Ja nie mam czasu na zabawę w psychologa.
- Profesorze - odezwał się Harry, starając się zapanować nad ogarniającą go frustracją - to ważne. - przełknął nerwowo ślinę - zastanawiałem się czy nie mógłby mi pan odpowiedzieć na kilka pytań. Chodzi o Hermionę. - To mówiąc wyciągnął zmieniacz czasu.
Zerknął na nauczyciela i jak bardzo zdziwił się, widząc czyste niedowierzanie na jego bladej twarzy.
- Potter, to nie zadziała... - zaczął Snape nad wyraz spokojnym tonem, jednak nie dokończył. - Ale oświeć mnie, czemu przychodzisz akurat do mnie? Czyżby nasz kochany dyrektor, poskąpił wyjaśnień wybrańcowi? - wyraz jego twarzy diametralnie się zmienił.
- Nie. Ale mógłby mnie pan oświecić - użył tego samego kpiącego tonu - dlaczego wyżywa się pan na tym biednym piórze...?
Rzeczywiście, Snape ściskał trzymane w ręce pióro tak mocno, że wygięło się pod nienaturalnym kontem.
- Potter! Minus 10pkt od Gryffindor'u! - jego oczy pobłyskiwały niebezpiecznie. - Idź do dormitorium i zajmij się nauką, może coś ci zostanie w tym tępym łbie!
- Dobrze! - nie zważał już w jaki sposób zwraca się, bądź co bądź, do nauczyciela. - Sam sobie poradzę.
Ruszył wściekły w  kierunku drzwi. Już sięgał po klamkę, gdy poczuł jak przez jego ciało przechodzi prąd. Szybko cofnął rękę. Wrażenie ustąpiło. Spróbował znowu i ponownie poczuł tę energię. Jakby ostrzeżenie. Wzruszył ramionami i nacisnął klamkę. Natychmiast tego pożałował. Energia przepływająca przez jego ciało odrzuciła go w tył, tak, że uderzył całym ciałem w powierzchnię biurka. Jeszcze bardziej wściekły, wstał pocierając obolałe ramię i spoglądając na równie wściekłego Snape'a .
- Potter! Siadaj.
Usiadł. Nie miał siły na kłótnie, teraz liczyła się tylko Hermiona. Nawet nie zauważył kiedy zaczęło mu na niej tak bardzo zależeć. Och, przecież była jego przyjaciółką! Ale czy na pewno..? Coś się między nimi zmieniło. Teraz kiedy o niej myślał nie kojarzył jej z Ron'em, tak jak kiedyś. Zaczął postrzegać ją jako inną osobę. Wyobraził sobie ją jako...
-Potter! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! - dopiero teraz dotarło do niego, że od dłuższej chwili Snape coś do niego mówi.
- Przepraszam - bąknął.
- Wracając do tematu. Potter, rozumiem, że chcesz zapobiec tragedii jaka dotknęła ten zamek, - powiedział to takim tonem jakby ta go nie dotyczyła - jednak pogódź się z tym, że tego się NIE DA zrobić.
- Wszystko można zrobić! A nawet jeśli nie, to od czego do jasnej cholery jest magia?! - nie wytrzymał.
- Język Potter! - syknął Snape. - Dobrze, skoro jesteś taki mądry to powiedz co chcesz zrobić, hm? Oczywiście poza złamaniem połowy zasad. To na szczęście nie stanowi dla ciebie problemu. 
- Cofnąć się w czasie i uratować Hermionę. - odparł bez zastanowienia.
- Jak chcesz tego dokonać? Potter, to nie jest takie proste. Pamiętasz tę noc kiedy to się stało? Nigdzie nie było nawet żywej duszy. Gdyby twój szalony pomysł miał się powieść to dzisiaj rano nie musielibyśmy tkwić na pogrzebie. - Harry wreszcie zrozumiał o ci chodziło Snape'owi.
Posmutniał. Nie mógł pomóc Hermionie, bo nie zrobił tego w przeszłości (a może przyszłości?), o czym mógł się przekonać tej nieszczęsnej nocy, gdy Hermiona skoczyła do jeziora. To było zbyt skomplikowane.
Wyszedł z gabinetu z opuszczonymi ramionami. Przeszedł przez lochy i dotarł do hall'u.
Na dworze było już ciemno. Wpatrywał się przez chwilę w gwiazdy. Pomyślał o tym, że może gdzieś daleko stąd Hermiona również się w nie wpatruje. Postanowił wybrać się na spacer po błoniach.
Zimny nocny wiatr chlastał go po każdym odsłoniętym kawałku skóry. Nie przeszkadzał mu, wręcz przeciwnie, pomagał zapomnieć o bólu i skupić się na potrzebach fizycznych.
Pogrążony w myślach, nawet nie zauważył gdy doszedł do lekkiego wzniesienia, tuż przy jeziorze, gdzie stał nagrobek z białego kamienia. Podszedł bliżej i dotknął ręką jasnej płyty. Była jeszcze zimniejsza niż otoczenie. Zastanawiał się czy ciało dziewczyny jest równie zimne.
Nagle wpadł na dziwny i dziecinny w jego mniemaniu pomysł. Śmierć zmusza ludzi do różnych, często głupich rzeczy, a on zapragną ponownie zobaczyć Hermionę. Choćby po raz ostatni.
Popatrzył na ciężką płytę zakrywającą wnętrze grobowca. Sam nie mógłby jej podnieść, więc wyciągnął różdżkę, cofnął się kilka kroków i powiedział:
- Vingardium Leviosa! - Kamienna płyta zsunęła się na trawę.
Harry spodziewał się zobaczyć trumnę albo samo ciało na postumencie, jak często chowani byli czarodzieje. Jednak nie.
Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu odkrył, że grób był... Pusty.
~.oOo.~
Biegł najszybciej jak potrafił w stronę zamku. Myśli przelatywały przez jego głowę w zastraszającym tempie. Więc jednak się udało! Uratował Hermionę, choć nie miał pojęcia jak. To jednak nie miało znaczenia, skoro wiedział już, że tego dokonał to w czym problem?
Dotarł do mostu prowadzącego na zamek. Wszedł na niego i ukrył się między skalnymi ścianami. Wyjął z kieszeni zmieniacz czasu i nałożył go na szyję. Przekręcił kilkanaście razy, kiedy powietrze wokół zawirowało. Przez chwilę nie mógł oddychać, a w następnej stał już w pełnym słońcu na błoniach. Raziło go w oczy.
Usiadł. Uspokoił oddech i starał się pomyśleć.
Wczoraj o tej porze był na zajęciach. Hermiona była wściekła na Ron'a. To znaczy, że o śmierci rodziców dowie się dopiero wieczorem.
Odetchną. Miał jeszcze kilka godzin na wmyślenie jakiegoś sensownego planu. Musiał teraz wszystkich unikać żeby nie sprowadzić na siebie podejrzeń. W takim razie musi znaleźć kryjówkę.
Już miał wstać, kiedy nagle padł na niego długi cień.
~.oOo.~
- O, pan Potter. - usłyszał głos profesora Fariares'a. - Nie powinieneś być teraz na zajęciach?
- Emm... Ja... - dukał. - ... źle się poczułem i musiałem wyjść na świeże powietrze. - wymyślił na poczekaniu.
- Ach, rozumiem. Skoro zostało już i tak tylko 10 minut do dzwonka, to może wpadł byś do mnie na herbatkę?
- Emm... Dobrze. - nie widział innej możliwości. Miał tylko nadzieję, że po drodze nie spotka siebie, albo któregoś ze swoich przyjaciół. Ruszył za profesorem.
Weszli na drugie piętro i skręcili (na szczęście pustym) korytarzem w lewo. Podeszli do ciężkich drewnianych drzwi. Fariares otworzył je cichym Alohomorra.
Wnętrze gabinetu było eleganckie ale nie przesadnie ozdobione. Po prostu praktyczne. Granatowe ściany, ciemne, mahoniowe biurko i szafa. Prawdopodobnie zapełniona materiałami potrzebnymi do prowadzenia lekcji. Profesor wskazał mu krzesło, a sam ruszył do barku.
Wyjął dwie szklanki. Do jednej nalał herbaty z kostką cukru, a do drugiej bursztynowego płynu. Zapewne whiskey.
Usiadł i zerknął na Harry'ego, który ze zdziwieniem wpatrywał się w jego szklankę.
- Och, nie myśl sobie, że piję nałogowo, nie. Po prostu ostatnimi czasy jestem dosyć zapracowany i nerwowy, a nic tak dobrze nie działań na skołatane nerwy jak stara dobra whiskey. 
Harry mruknął coś potakująco, chociaż tak naprawdę nie miał żadnego pojęcia o  leczniczym działaniu alkoholu.
- I jak tam u ciebie Harry? Cieszysz się z powrotu do Hogwartu?
"Och tak, bardzo się cieszę, skaczę z radości, że moja najlepsza przyjaciółka zabiła się, skacząc do jeziora!" - cisnęła mu się na usta odpowiedź ale przecież Fariares nic o tym jeszcze nie wiedział.
- Tak - rzucił w końcu.
- Mieszasz z mugolami, prawda?
- To moje wujostwo. 
- Hmm... - mruknął profesor zastanawiając się nad czymś. Zerknął na Harry'ego.
- Czemu nie pijesz? Zaraz wystygnie.
Gryfon popatrzył się uważnie na kubek z herbatą. Wyglądała zaskakująco normalnie. A sądząc po zachowaniu Fariares'a można by pomyśleć, że dolał mu czegoś do napoju. Uniósł naczynie do ust i powąchał.
I tu zaskoczenie. Herbata, oprócz swojej własnej woni,  zalatywał czymś słodkim. Zdecydowanie zbyt słodkim jak na miód czy cukier. Zaintrygowany, udał, że upija łyk i odstawił kubek na blat biurka. Fariares przypatrywał mu się dziwnym wzrokiem.
- Dobrze. A teraz powiedz mi Potter, co wiesz o rodzinie panny Granger? Jest mugolakiem, prawda? - To zdziwiło Harry'ego. Spodziewał się raczej pytań o Voldemorta, a nie o przeszłość Hermiony. Jednak jednego był pewien. W kubku było Veritaserum lub coś w tym rodzaju. Postanowił zachować pozory.
- Raczej niewiele. Jej rodzice to mugole, są - ledwo zdołał się powstrzymać przed powiedzeniem "byli" - dentystami. Mieszkają w Londynie, nie daleko centrum.
- yhym... - mruknął Fariares, notując coś w myślach. - A czy wiesz może skąd pochodzi magia, dziedziczona przez pannę Granger? W rodzinie kiedyś musiał być czarodziej. - Harry zastanawiał się po co mu ta informacja.
- Nie. Ona sama chyba również nic nie wie. Ale może profesor Dumbledour udzieli panu odpowiedzi na to pytanie, profesorze.
- Nie, nie udzieli. O nic nie wie, jest otumaniony. - Nagle złapał się za język, jakby właśnie zdradził jakąś wielką tajemnicę. - Kurwa! Na szczęście i tak niczego nie będziesz pamiętać. Jeszcze chwila i wszystko bym spieprzył. - Mówił do siebie. Harry, który zdążył się już otrząsnąć z szoku, postanowił, że musi jak najszybciej wydostać się z gabinetu.
Korzystając z nieuwagi Fariares'a, który odwrócony plecami, szukał czegoś w szafie, chwycił kubek z herbatą i wylał ją sobie na koszulkę.
Sykną kiedy wrzątek dotknął jego skóry. Chwycił różdżkę i wybiegł z gabinetu, z towarzyszącym mu głośnym - Potter!
Zbiegł po schodach najszybciej jak potrafił i ruszył szybkim truchtem do łazienki. Wpadł do niej,  zamykając drzwi i chwycił pusty pojemnik po mydle. Wypłukał go i wycisnął do niego resztki herbaty z koszulki. Musiał dowiedzieć się, co chciał mu podać profesor. Jednak miewał czasem dobre pomysły. W tym momencie dosłyszał głos dochodzący z jednej z kabin i zamarło mu serce.
To był... Jego głos!
Rozmawiał z Ron'em. Najwyraźniej była już przerwa. Zupełnie stracił rachubę czasu.
Wyszedł z łazienki szybkim krokiem. Podejrzane były również słowa profesora o tym, że dyrektor jest otumaniony.
- O co mogło mu chodzić? - szedł korytarzem pogrążony w myślach i nawet nie zauważył kiedy na drodze wyrosła mu wysoka postać. Wpadł na nią i odbił się lądując na podłodze. Popatrzył z przestrachem w górę, prosto w ciemne oczy Mistrza eliksirów.
No tak, tego mu tylko brakowało, żeby Snape z przeszłości również zaczął węszyć wokół całej tej sprawy.
Nagle jego uwagę zwrócił łańcuszek, zdobiący szyję profesora. Wyglądał podejrzanie znajomo.
Dotknął swojej szyi i z przerażeniem odkrył na niej brak zmieniacza czasu.