piątek, 31 lipca 2015

Rozdział VI

Tak jak mówiłam już wcześniej, nowe rozdziały pojawią się w ten weekend
Zapraszam do komentowania!
Miłego czytania,
~Morsmorde
Rozdział 6

- Wejść.
Ostrożnie otworzył ciężkie drewniane drzwi. Pomieszczenie było nieduże, a mimo to z góry do dołu wypełnione książkami i składnikami eliksirów. Mahoniowe biurko stojące po środku pokoju, zawalone było stosami pergaminów, które zapewne były sprawdzianami któregoś rocznika. Jednak sądząc po natężeniu czerwieni na kartkach, Harry wątpił aby poszły im dobrze. Za biurkiem siedział Snape, bazgrząc coś atramentem.
- Wejdziesz czy będziesz tak stać w drzwiach? - uniósł wzrok znad pergaminów, spodziewając się ujrzeć któregoś ze Ślizgonów, opcjonalnie Albus, jednak gdy zobaczył swojego gościa, otworzył usta ze zdziwienia. Ale tylko na chwilę. Zamknął je i przybrał swój kpiący wyraz twarzy.
- Czego chcesz, Potter? Jeśli chodzi o twój egzamin... - uśmiechnął się wrednie - to nie zasłużyłeś nawet na T. Jak widać poziom twojej inteligencji, jeśli w ogóle takową posiadasz, nie przekracza stopnia jakim mogą poszczycić się trolle.
Słowa profesora nie zrobiły teraz na Harry'm większego wrażenia. Może w innych okolicznościach zareagowałby złością ale w tym momencie miał większy problem.
- Nie, profesorze. Przyszedłem prosić o ... - nie był w stanie tego wymówić. Była jeszcze możliwość się wycofać. Przed oczami pojawił mu się paradoksalny obraz Snape'a w koszulce wolontariusza.
- O...? - och Potter skup się! - No wykrztusisz to z siebie? Jesteś żałosny Potter.
- Przyszedłem prosić o pomoc. - wypalił na jednym wdechu. Snape natychmiast ukrył wyraz zaskoczenia pod maską obojętności, jednak jego oczy patrzyły na Harry'ego dziwnym wzrokiem.
- Jesteś samobójcą, Potter? - powiedział w końcu, uważnie lustrując go spojrzeniem. - Jak widać u Gryfonów to norma - dodał po chwili, uśmiechając się wrednie. - Jeśli chcesz się komuś wypłakać, to idź do swojej opiekunki, ostatnio ma w tym wprawę. Ja nie mam czasu na zabawę w psychologa.
- Profesorze - odezwał się Harry, starając się zapanować nad ogarniającą go frustracją - to ważne. - przełknął nerwowo ślinę - zastanawiałem się czy nie mógłby mi pan odpowiedzieć na kilka pytań. Chodzi o Hermionę. - To mówiąc wyciągnął zmieniacz czasu.
Zerknął na nauczyciela i jak bardzo zdziwił się, widząc czyste niedowierzanie na jego bladej twarzy.
- Potter, to nie zadziała... - zaczął Snape nad wyraz spokojnym tonem, jednak nie dokończył. - Ale oświeć mnie, czemu przychodzisz akurat do mnie? Czyżby nasz kochany dyrektor, poskąpił wyjaśnień wybrańcowi? - wyraz jego twarzy diametralnie się zmienił.
- Nie. Ale mógłby mnie pan oświecić - użył tego samego kpiącego tonu - dlaczego wyżywa się pan na tym biednym piórze...?
Rzeczywiście, Snape ściskał trzymane w ręce pióro tak mocno, że wygięło się pod nienaturalnym kontem.
- Potter! Minus 10pkt od Gryffindor'u! - jego oczy pobłyskiwały niebezpiecznie. - Idź do dormitorium i zajmij się nauką, może coś ci zostanie w tym tępym łbie!
- Dobrze! - nie zważał już w jaki sposób zwraca się, bądź co bądź, do nauczyciela. - Sam sobie poradzę.
Ruszył wściekły w  kierunku drzwi. Już sięgał po klamkę, gdy poczuł jak przez jego ciało przechodzi prąd. Szybko cofnął rękę. Wrażenie ustąpiło. Spróbował znowu i ponownie poczuł tę energię. Jakby ostrzeżenie. Wzruszył ramionami i nacisnął klamkę. Natychmiast tego pożałował. Energia przepływająca przez jego ciało odrzuciła go w tył, tak, że uderzył całym ciałem w powierzchnię biurka. Jeszcze bardziej wściekły, wstał pocierając obolałe ramię i spoglądając na równie wściekłego Snape'a .
- Potter! Siadaj.
Usiadł. Nie miał siły na kłótnie, teraz liczyła się tylko Hermiona. Nawet nie zauważył kiedy zaczęło mu na niej tak bardzo zależeć. Och, przecież była jego przyjaciółką! Ale czy na pewno..? Coś się między nimi zmieniło. Teraz kiedy o niej myślał nie kojarzył jej z Ron'em, tak jak kiedyś. Zaczął postrzegać ją jako inną osobę. Wyobraził sobie ją jako...
-Potter! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! - dopiero teraz dotarło do niego, że od dłuższej chwili Snape coś do niego mówi.
- Przepraszam - bąknął.
- Wracając do tematu. Potter, rozumiem, że chcesz zapobiec tragedii jaka dotknęła ten zamek, - powiedział to takim tonem jakby ta go nie dotyczyła - jednak pogódź się z tym, że tego się NIE DA zrobić.
- Wszystko można zrobić! A nawet jeśli nie, to od czego do jasnej cholery jest magia?! - nie wytrzymał.
- Język Potter! - syknął Snape. - Dobrze, skoro jesteś taki mądry to powiedz co chcesz zrobić, hm? Oczywiście poza złamaniem połowy zasad. To na szczęście nie stanowi dla ciebie problemu. 
- Cofnąć się w czasie i uratować Hermionę. - odparł bez zastanowienia.
- Jak chcesz tego dokonać? Potter, to nie jest takie proste. Pamiętasz tę noc kiedy to się stało? Nigdzie nie było nawet żywej duszy. Gdyby twój szalony pomysł miał się powieść to dzisiaj rano nie musielibyśmy tkwić na pogrzebie. - Harry wreszcie zrozumiał o ci chodziło Snape'owi.
Posmutniał. Nie mógł pomóc Hermionie, bo nie zrobił tego w przeszłości (a może przyszłości?), o czym mógł się przekonać tej nieszczęsnej nocy, gdy Hermiona skoczyła do jeziora. To było zbyt skomplikowane.
Wyszedł z gabinetu z opuszczonymi ramionami. Przeszedł przez lochy i dotarł do hall'u.
Na dworze było już ciemno. Wpatrywał się przez chwilę w gwiazdy. Pomyślał o tym, że może gdzieś daleko stąd Hermiona również się w nie wpatruje. Postanowił wybrać się na spacer po błoniach.
Zimny nocny wiatr chlastał go po każdym odsłoniętym kawałku skóry. Nie przeszkadzał mu, wręcz przeciwnie, pomagał zapomnieć o bólu i skupić się na potrzebach fizycznych.
Pogrążony w myślach, nawet nie zauważył gdy doszedł do lekkiego wzniesienia, tuż przy jeziorze, gdzie stał nagrobek z białego kamienia. Podszedł bliżej i dotknął ręką jasnej płyty. Była jeszcze zimniejsza niż otoczenie. Zastanawiał się czy ciało dziewczyny jest równie zimne.
Nagle wpadł na dziwny i dziecinny w jego mniemaniu pomysł. Śmierć zmusza ludzi do różnych, często głupich rzeczy, a on zapragną ponownie zobaczyć Hermionę. Choćby po raz ostatni.
Popatrzył na ciężką płytę zakrywającą wnętrze grobowca. Sam nie mógłby jej podnieść, więc wyciągnął różdżkę, cofnął się kilka kroków i powiedział:
- Vingardium Leviosa! - Kamienna płyta zsunęła się na trawę.
Harry spodziewał się zobaczyć trumnę albo samo ciało na postumencie, jak często chowani byli czarodzieje. Jednak nie.
Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu odkrył, że grób był... Pusty.
~.oOo.~
Biegł najszybciej jak potrafił w stronę zamku. Myśli przelatywały przez jego głowę w zastraszającym tempie. Więc jednak się udało! Uratował Hermionę, choć nie miał pojęcia jak. To jednak nie miało znaczenia, skoro wiedział już, że tego dokonał to w czym problem?
Dotarł do mostu prowadzącego na zamek. Wszedł na niego i ukrył się między skalnymi ścianami. Wyjął z kieszeni zmieniacz czasu i nałożył go na szyję. Przekręcił kilkanaście razy, kiedy powietrze wokół zawirowało. Przez chwilę nie mógł oddychać, a w następnej stał już w pełnym słońcu na błoniach. Raziło go w oczy.
Usiadł. Uspokoił oddech i starał się pomyśleć.
Wczoraj o tej porze był na zajęciach. Hermiona była wściekła na Ron'a. To znaczy, że o śmierci rodziców dowie się dopiero wieczorem.
Odetchną. Miał jeszcze kilka godzin na wmyślenie jakiegoś sensownego planu. Musiał teraz wszystkich unikać żeby nie sprowadzić na siebie podejrzeń. W takim razie musi znaleźć kryjówkę.
Już miał wstać, kiedy nagle padł na niego długi cień.
~.oOo.~
- O, pan Potter. - usłyszał głos profesora Fariares'a. - Nie powinieneś być teraz na zajęciach?
- Emm... Ja... - dukał. - ... źle się poczułem i musiałem wyjść na świeże powietrze. - wymyślił na poczekaniu.
- Ach, rozumiem. Skoro zostało już i tak tylko 10 minut do dzwonka, to może wpadł byś do mnie na herbatkę?
- Emm... Dobrze. - nie widział innej możliwości. Miał tylko nadzieję, że po drodze nie spotka siebie, albo któregoś ze swoich przyjaciół. Ruszył za profesorem.
Weszli na drugie piętro i skręcili (na szczęście pustym) korytarzem w lewo. Podeszli do ciężkich drewnianych drzwi. Fariares otworzył je cichym Alohomorra.
Wnętrze gabinetu było eleganckie ale nie przesadnie ozdobione. Po prostu praktyczne. Granatowe ściany, ciemne, mahoniowe biurko i szafa. Prawdopodobnie zapełniona materiałami potrzebnymi do prowadzenia lekcji. Profesor wskazał mu krzesło, a sam ruszył do barku.
Wyjął dwie szklanki. Do jednej nalał herbaty z kostką cukru, a do drugiej bursztynowego płynu. Zapewne whiskey.
Usiadł i zerknął na Harry'ego, który ze zdziwieniem wpatrywał się w jego szklankę.
- Och, nie myśl sobie, że piję nałogowo, nie. Po prostu ostatnimi czasy jestem dosyć zapracowany i nerwowy, a nic tak dobrze nie działań na skołatane nerwy jak stara dobra whiskey. 
Harry mruknął coś potakująco, chociaż tak naprawdę nie miał żadnego pojęcia o  leczniczym działaniu alkoholu.
- I jak tam u ciebie Harry? Cieszysz się z powrotu do Hogwartu?
"Och tak, bardzo się cieszę, skaczę z radości, że moja najlepsza przyjaciółka zabiła się, skacząc do jeziora!" - cisnęła mu się na usta odpowiedź ale przecież Fariares nic o tym jeszcze nie wiedział.
- Tak - rzucił w końcu.
- Mieszasz z mugolami, prawda?
- To moje wujostwo. 
- Hmm... - mruknął profesor zastanawiając się nad czymś. Zerknął na Harry'ego.
- Czemu nie pijesz? Zaraz wystygnie.
Gryfon popatrzył się uważnie na kubek z herbatą. Wyglądała zaskakująco normalnie. A sądząc po zachowaniu Fariares'a można by pomyśleć, że dolał mu czegoś do napoju. Uniósł naczynie do ust i powąchał.
I tu zaskoczenie. Herbata, oprócz swojej własnej woni,  zalatywał czymś słodkim. Zdecydowanie zbyt słodkim jak na miód czy cukier. Zaintrygowany, udał, że upija łyk i odstawił kubek na blat biurka. Fariares przypatrywał mu się dziwnym wzrokiem.
- Dobrze. A teraz powiedz mi Potter, co wiesz o rodzinie panny Granger? Jest mugolakiem, prawda? - To zdziwiło Harry'ego. Spodziewał się raczej pytań o Voldemorta, a nie o przeszłość Hermiony. Jednak jednego był pewien. W kubku było Veritaserum lub coś w tym rodzaju. Postanowił zachować pozory.
- Raczej niewiele. Jej rodzice to mugole, są - ledwo zdołał się powstrzymać przed powiedzeniem "byli" - dentystami. Mieszkają w Londynie, nie daleko centrum.
- yhym... - mruknął Fariares, notując coś w myślach. - A czy wiesz może skąd pochodzi magia, dziedziczona przez pannę Granger? W rodzinie kiedyś musiał być czarodziej. - Harry zastanawiał się po co mu ta informacja.
- Nie. Ona sama chyba również nic nie wie. Ale może profesor Dumbledour udzieli panu odpowiedzi na to pytanie, profesorze.
- Nie, nie udzieli. O nic nie wie, jest otumaniony. - Nagle złapał się za język, jakby właśnie zdradził jakąś wielką tajemnicę. - Kurwa! Na szczęście i tak niczego nie będziesz pamiętać. Jeszcze chwila i wszystko bym spieprzył. - Mówił do siebie. Harry, który zdążył się już otrząsnąć z szoku, postanowił, że musi jak najszybciej wydostać się z gabinetu.
Korzystając z nieuwagi Fariares'a, który odwrócony plecami, szukał czegoś w szafie, chwycił kubek z herbatą i wylał ją sobie na koszulkę.
Sykną kiedy wrzątek dotknął jego skóry. Chwycił różdżkę i wybiegł z gabinetu, z towarzyszącym mu głośnym - Potter!
Zbiegł po schodach najszybciej jak potrafił i ruszył szybkim truchtem do łazienki. Wpadł do niej,  zamykając drzwi i chwycił pusty pojemnik po mydle. Wypłukał go i wycisnął do niego resztki herbaty z koszulki. Musiał dowiedzieć się, co chciał mu podać profesor. Jednak miewał czasem dobre pomysły. W tym momencie dosłyszał głos dochodzący z jednej z kabin i zamarło mu serce.
To był... Jego głos!
Rozmawiał z Ron'em. Najwyraźniej była już przerwa. Zupełnie stracił rachubę czasu.
Wyszedł z łazienki szybkim krokiem. Podejrzane były również słowa profesora o tym, że dyrektor jest otumaniony.
- O co mogło mu chodzić? - szedł korytarzem pogrążony w myślach i nawet nie zauważył kiedy na drodze wyrosła mu wysoka postać. Wpadł na nią i odbił się lądując na podłodze. Popatrzył z przestrachem w górę, prosto w ciemne oczy Mistrza eliksirów.
No tak, tego mu tylko brakowało, żeby Snape z przeszłości również zaczął węszyć wokół całej tej sprawy.
Nagle jego uwagę zwrócił łańcuszek, zdobiący szyję profesora. Wyglądał podejrzanie znajomo.
Dotknął swojej szyi i z przerażeniem odkrył na niej brak zmieniacza czasu.

czwartek, 30 lipca 2015

Rozdział V, cz. II

Zapraszam do komentowania!!
~Morsmorde

Rozdział 5 cz.II

   Dumbledore stał za biurkiem w swoim gabinecie.
Na przeciw niego, przygarbiony, ze spojrzeniem utkwionym w jednym punkcie, siedział wybraniec. Pogrzeb zakończył się godzinę temu.
Potter obwiniał o śmierć Gryfonki wszystkich, a najbardziej siebie. Na pierwszym miejscu bazował Dumbledore, przez którego Hermiona postanowiła popełnić samobójstwo. Potem Snape, który go zatrzymał gdy biegł dziewczynie z pomocą, bądź co bądź, ta sytuacja nie ociepliła ich relacji; Ron'a, który ją zdradził, a na końcu panią Pomfrey, za to że ta nie uratowała życia Gryfonki.
Nie, to nie może dziać się naprawdę - te słowa ciągle przeplatały się w jego myślach.
- Harry - odezwał się wreszcie dyrektor. Podniósł wzrok, by napotkać dobrotliwe spojrzenie starca. - Jeszcze nie jest za późno. Pamiętaj, że czas leczy rany.
Nie wytrzymał.
Ogarniająca go wściekłość wreszcie znalazła ujście.
Zerwał się z miejsca, wyciągnął różdżkę i zaczął ciskać zaklęciami na wszystko co popadnie na końcu celując w samego Dumbledore'a.
Chciał go zniszczyć, upokorzyć, zabić.
Za wszystko co spotkało go w życiu do tej pory. Bo nie istniał już nikt inny, kto miał wpływ na jego historię, Chłopca Który Przeżył.
Miał już dość bycia pionkiem tego starca.
Kiedyś pewnie sam uderzyłby w siebie Avadą po takim stwierdzeniu. Jednak wojna zmienia ludzi i ich poglądy.
Opamiętał się.
Opuścił różdżkę i spojrzał na czarodzieja którego kiedyś uważał za ojca.
Prawda była taka, że nie miał już nikogo. Był sam.
Bez rodziców.
Bez przyjaciół.
Bez miłości.
Na resztkach sił opuścił pomieszczenie.
 ~.oOo.~
Wyszedł na błonia.
Jesienne powietrze było chłodne, wiał lekki wiatr. Nie przeszkadzało mu to. Musiał spokojnie pomyśleć. 
Teraz, kiedy trochę się uspokoił dotarło do niego, że to nie koniec.
To dziwne uczucie towarzyszyło mu przy każdej z jego przygód, czy ekscytujących chwil w życiu, a kiedy się kończyła, ustępowało.
Jednak teraz wciąż to odczuwał. Doszedł do wniosku, że musi minąć trochę czasu, bo wciąż nie wierzył w to co się stało.
Ciągle chciał pomóc Hermionie. W jego głowie zaświtała myśl, że zwariował.
Mimowolnie zaśmiał się bez wesołości. Już widział te tytuły -  "Chłopiec, który oszalał"
Usłyszał kruka, który przysiadł na uschniętym drzewie nieopodal i zaczął krakać.
To go otrzeźwiło. Momentalnie przestał się śmiać.
Idiota - zbeształ się sam w myślach - Ona nie żyje! Jak niby chcesz jej pomóc, sentymentalny durniu?! -
Mimowolnie powrócił myślami do wydarzeń sprzed kilku chwil. 
Dumbledore był taki spokojny i opanowany, jak gdyby nic się nie stało, jakby się tym w ogóle nie przejął! Zawrzała w nim wściekłość na starca. - Co on powiedział? A tak, czas leczy rany... No może w jego przypadku. Jest tak stary, że nie długo zapomni, iż doprowadził do śmierci własnej siostry. - zakpił w myślach.
- Tak, on ma w tym duże doświadczenie. - powiedział zgryźliwie sam do siebie - Czas leczy rany, też coś! 
Czas...czas... - odbijało mu się w głowie - Czas... -  Zerknął w stronę jeziora. Tafla wody lśniła w październikowym słońcu. Spojrzał na klif, z którego skoczyła Hermiona. Boże, jak on nienawidził tamtego miejsca!
Głęboka woda, ostre wierzchołki skał i... Nie. Nie przewidziało mu się.
Pośród kamieni, na lini brzegowej jeziora, coś błyszczało.
Wstał i ruszył w tamtym kierunku.
Kiedy znalazł się już wystarczająco blisko aby rozpoznać przedmiot, znowu przypomniał sobie słowa dyrektora.
Nie zastanawiając się dłużej, chwycił Zmieniacz Czasu i ruszył biegiem w stronę zamku.
~.oOo.~
Wpadł zdyszany do holu.
Uczniowie patrzyli na niego dziwnie, ale cóż, nie ma się im co dziwić. Nie często widuje się wybrańca, teoretycznie w żałobie, biegającego sobie po błoniach z łańcuszkiem. Oczy niektórych jasno mówiły, jakie zdanie mają na temat jego zdrowia psychicznego.  Bądź co bądź mieli trochę racji. Ale to co myślą o nim ludzie było ostatnim co teraz zaprzątało myśli Gryfona.  Teraz miał plan.
Tylko nie wiedział jakie skutki może wywołać jego działanie.
Tragiczne. - przyszło mu na myśl. Postanowił skierować się do któregoś z profesorów. Nawet jeśli będą chcieli go zatrzymać, to już ich problem. Pozostawała już tylko jedna sprawa. Do którego nauczyciela iść?
McGonagal płacze na sam jego widok (co prawda, próbuje to ukryć ale raczej nie skutecznie), a zdecydowanie nie miał teraz ochoty na wysłuchiwanie jej wyrazów współczucia. Z Flitwik'iem ciężko było cokolwiek ustalić,  pani Sprout ostatnio miała drobny wypadek w swojej szklarni, co normalnie niegdy jej się nie zdarza. Do samej pielęgniarki też mu nie było spieszno, zapewne odesłała by go do św. Mungo, gdyby tylko dowiedziała się co zamierza.
Nowemu nauczycielowi obrony zbytnio nie ufał, a Dumbledore'a nie chciał znać. Mógłby jeszcze iść do Hagrida ale wątpił aby pół-olbrzym rozwiał jego wątpliwości.
Mimowolnie zaczął się zastanawiać, czy w tym zamku jest choć jednak kompetentna osoba, która nie zaleje się łzami na jego widok i będzie w stanie mu pomóc?!
Tłum uczniów odzianych w zielone barwy Slytherin'u poddał mu szalony pomysł.
Ruszył w kierunku lochów.
~.oOo.~
Zwariowałem - pomyślał gdy znalazł się przed drzwiami gabinetu Snape'a.
Zapukał.
Oszalałem.
Cisza.
On mnie zabije. - doszedł do wniosku, gdy zimny głos rozkazał:
- Wejść.

Rozdział V, cz. I

Hey ;3
Zanim zaczęłam pisać to opowiadanie, wspomniałam, że charaktery postaci mogą ulec zmianie.
Wg mnie jest to najbardziej widoczne w tym rozdziale.

Skorygowałam charakter Harry'ego, ponieważ doszłam do wniosku, że oryginał ciężko byłoby przekonać do tego, co zrobiła moja wersja.
Zdecydowałam, że ten rozdział zostawię podzielony, jednak wprowadziłam pewne zmiany, zwłaszcza w cz. II

Od razu mg was zaprosić na kolejną część, która jest już dostępna.
Miłego czytania!
~Morsmorde

Rozdział 5 cz. I

     Przechadzał się nocą korytarzem, znowu. 
Od czasu pokonania Voldemorta, nie był w stanie zasnąć bez eliksirów nasennych. Jednak gdy po dużej dawce nadchodził sen, dręczyły go koszmary i budził się z mocno bijącym sercem.
Tak było i dzisiaj. Obudził się zlany potem po koszmarze ze sceną na cmentarzu. Nawet po kilku latach nie był w stanie zapomnieć uczucia, które mu w tedy towarzyszyło. Był tam Voldemort, śmierciożercy, martwe ciało Cedrica... Zawsze tak samo.  Jednak dziś było inaczej. Coś w monotonii tego snu się zmieniło. Nie był pewien o co dokładnie chodziło. Miał tylko świadomość, że dzisiejszy koszmar był gorszy od poprzednich. Był pewien że znalazł się na cmentarzu, że był tam Riddle i jego słudzy oraz Ced... No właśnie. To się nie zgadzało. W dzisiejszym śnie nie było młodego Puchona. Ale w takim razie, kto...?
Nagle zobaczył postać biegnącą z naprzeciwka. Z powodu ciemności nie rozpoznał jej od razu, jednak gdy tylko ta wyszła z cienia, w blasku księżyca rozpoznał tak dobrze znane mu rysy twarzy. I nagle wszystko sobie przypomniał...
- Hermiona...!
~.oOo.~
Biegł korytarzem za przyjaciółką, która zdawała się nie zauważać otaczającego ją świata. W pewnym momencie, gdy wybiegł za róg korytarza, za którym zniknęła dziewczyna, nie zobaczył jej. Tak jakby rozpłynęła się w powietrzu! 
Kierując się instynktem, wbiegł do holu. Wciąż nie widział Gryfonki. Miał do wyboru szukać jej dalej na terenie zamku, lub wyjść na błonia. Druga opcja wydała mu się bardziej prawdopodobna. Podszedł do drzwi wejściowych, otworzył je i zamarł.
Na tle skał okalających jezioro, dostrzegł drobną sylwetkę swojej przyjaciółki. Początkowo nie był świadom co ta zamierza zrobić, jednak gdy dziewczyna przysunęła się bliżej krawędzi, domyślił się wszystkiego. 
Nie zastanawiając się dłużej wybiegł przez drzwi frontowe, kiedy...
-Potter! - usłyszał znienawidzony głos. Odwrócił się - Co robiłeś na korytarzu, w nocy?
- Panie profesorze, ja muszę... - i wskazał rozpaczliwie palcem w kierunku dziewczyny.
Jednak Snape uśmiechnął się tylko kpiąco, nie spoglądając nawet we wskazaną stronę.
- Jestem pewien, że swoje potrzeby fizjologiczne możesz załatwić w łazience. Wiem Potter, że pewne cechy odziedziczyłeś po swoim chrzestnym, jednak mógłbyś choć raz zachować się bardziej cywilizowanie... - na usta wpłynął mu krzywy uśmieszek - 50 pkt od Gryffindoru! Do dormitorium Potter, natychmiast... - ostatnie słowo wysyczał. 
-Snape! - nie wytrzymał Harry.  Nazwisko wykrzyczane tak rozpaczliwym tonem sprawiło, że uśmiech Mistrza Eliksirów tylko się powiększył.
- Potter, to będzie kolejne 10 pkt od Gryffind...
- Snape, do cholery! Ja muszę, Hermiona.... Tam... pomoc! - ostatnie zdanie wypowiedział jąkając się pod wściekłym spojrzeniem swojego profesora. - Ona ... Ona chce skoczyć d-do jeziora! - Te słowa najwyraźniej zwróciły uwagę Snape'a. Spojrzał w stronę klifu i zamarł.
Drobna postać, stojąca na samej krawędzi, bez wahania skoczyła w toń wody.
Trzask fali rozbijającej się o skały i przeraźliwy krzyk wybrańca, wreszcie go otrzeźwiły. Ruszył biegiem w stronę jeziora. Kątem oka zauważył, że Potter robi to samo.
~.oOo.~
Po szaleńczym biegu, znaleźli ją.
Wyglądała tragicznie. Potargana koszula, odsłaniała siną skórę, pokrytą licznymi otarciami i siniakami. Bladą twarz oblepiały włosy, ociekające krwią wypływającą z głębokiego rozcięcia na czole.
Oczy wypełniły mu się łzami gdy wyciągali ją z wody. Starając się nie myśleć o tym co robi zaniósł dziewczynę do skrzydła szpitalnego, gdzie pani Pomfrey natychmiast zajęła się Gryfonką.
Kazała wszystkim opuścić salę. Nie chciał wyjść. Krzyczał, że musi jej pomóc i gdyby nie oszałamiacz rzucony przez przybyłego na miejsce chwilę wcześniej Dumbledora, zapewne nie wyprowadzono by go z sali.
Teraz siedział na podłodze w korytarzu, mentalnie nie odstępując od Hermiony.
Nie był sam. Pilnowali go, jak zawsze.
McGonagal, ciągłe podciągająca nosem, Flitwik, który wydawał się jeszcze mniejszy niż zwykle i Dumbledore stojący po ścianą. Jego twarz nie wyrażała nic. Snape gdzieś zniknął. To jednak nie obchodziło Wybrańca. Czekał.
Minęła godzina, dwie, trzy, aż w końcu pani Pomfrey wyszła ze Skrzydła Szpitalnego i poinformowała zgromadzonych, łamiącym się głosem, o stanie dziewczyny.
~.oOo.~
Wściekłość mieszała się z irytacją i rozpaczą, gdy patrzył na białą, podłużną, trumnę, w której leżało martwe ciało jego przyjaciółki.




środa, 29 lipca 2015

Rozdział IV

Witam,
Na poprzednim blogu rozdziały czwarty i piąty, zostały podzielone na części. 
Postanowiłam połączyć je w całość, dodatkowo wprowadziłam kilka zmian. 
Życzę miłego czytania i proszę o komentarze. ;)
Pozdrawiam,
~Morsmorde

Rozdział 4
Kolejny tydzień, minął bez większych problemów. Wydawałoby się, że wszystko wróciło do normy. Nauczyciele zawalali uczniów, toną prac domowych, Filch pałętał się po korytarzach, wraz ze swoją nieodłączną towarzyszką – panią Norris, i wrzeszczał na Bogu ducha winnych uczniów za takie przewinienia, jak zabrudzanie i zaśmiecanie korytarzy. Od reguły nie odchodził także Snape, wlepiający szlabany i odejmujący punkty z prędkością karabinu maszynowego, czyli – żadna nowość. Aż do tego feralnego dnia…
Hermiona wracał właśnie z czwartkowej lekcji numerologii. Szła dość szybko kierując się w stronę Wielkiej Sali na obiad. Gdy tylko przekroczyła próg, wyczuła podejrzaną atmosferę ekscytacji panującą w pomieszczeniu. Co więcej, wszyscy patrzyli na nią dziwnie, jakby oczekiwali wybuchu. Ignorując jednak to dziwne zachowanie, przeszła przez salę i usiadła przy stole gryfonów, gdzie Harry czytał właśnie nowe wydanie Proroka Codziennego. Ten widok zdziwił ją trochę. Było raczej zbyt późna jak na poranną pocztę. Nie przejmując się tym jednak zbytnio, spytała:
- Jest coś ciekawego? - Złoty Chłopiec nie odpowiedział od razu.
- Hermiono, tak mi przykro… - ta odpowiedź zdziwiła ją nieco. Za co Harry’emu było przykro? I co jest napisane w ty szmatławcu?! – To znowu Skitter… ona…
- Co? Daj mi to! – I wyrwała gazetę z rąk Gryfona. Jej oczy natychmiast odnalazły wielkie zdjęcie, na okładce gazety, na którym był… Ron. Ale nie był sam. Towarzyszyła mu jakaś wysoka blond-włosa dziewczyna, uśmiechająca się słodko, którą obejmował jej chłopak.
Nie od razu dotarło do niej co przedstawia fotografia. Zemdliło ją. Zerwała się z miejsca i nie zwracając uwagi na rozpaczliwe krzyki Harry’ego wybiegła z Sali. Wpadła do pierwszej łazienki jaką znalazła i zwymiotowała. Nie wiedziała czemu tak reaguje. Ron… Zdradził ją… Zdradził z jakąś tlenioną blondyną! Jak on mógł jej to zrobić?! Znali się tyle lat, tyle razem przeszli, a on… dwa lata temu gdy go otruto, sterczała przy jego łóżku jak głupia – dzień i noc, wypłakując sobie oczy i przysięgając zemstę na tym kto mu to zrobił, a potem? Rok temu? Zniszczyli razem horkruksy. Ron pocałował ją w komnacie tajemnic, czuła się wtedy taka szczęśliwa… mimowolnie zwymiotowała, znowu. Zawsze myślała, że Ron’owi na niej zależy tak jak jej na nim. Najwyraźniej, myliła się.
Jak śmiał ją zdradzić?! – Nagle poczuła jak ogarnia ją wściekłość. Nie była w stanie nad nią panować. Jak burza wybiegła z łazienki, zapominając nawet o rzuceniu zaklęcia czyszczącego na swoją szatę. Szła szybko w stronę pokoju wspólnego, trafiając na zdziwione i trochę zlęknione spojrzenia uczniów. Wściekła Prefekt Naczelna, była dość rzadkim widokiem.
I w takim stanie zastał ją Ron. Wychodził właśnie przez dziurę pod portretem, gdy nagle poczuł jak coś odrzuca go w tył. Z hukiem uderzył w stojącą nieopodal zbroję, która z łoskotem przewróciła się i rozpadła na kawałki.
- Jak śmiałeś?! – w dwóch susach dopadła chłopaka. – Pytam, jak śmiałeś mnie zdradzić?! – W oczach chłopaka pojawiło się zrozumienie, co tylko podsyciło wściekłość Gryfonki. Mimo wszystko miała nadzieję, że Ron zaprzeczy. – Ty fałszywy, wredny, perfidny, samolubny, puszczalski śmieciu! Ile lasek zdążyłeś już przelecieć od rozpoczęcia roku szkolnego?! 5, 10?! Czy ta wywłoka, Lavender, też się do nich zalicza? Czy może zamierzasz zaliczyć ją jeszcze dzisiaj?! I dla jasności. Wszystko co było między nami jest SKOŃCZONE!! Dotarło to do twojego ptasiego móżdżka, czy może mam powtórzyć? Jesteś nikim Weasley, nikim! – I splunęła w stronę oniemiałego Gryfona.
- Co tu się dzieje? – rozległ się znajomy głos. Profesor McGonagal, przechodziła właśnie korytarzem, trzymając w rękach stos pergaminów. Scena, która się przed nią rozgrywała, spowodowała u niej szybsze bicie serca. Jej najlepsza uczennica, którą uważała za autorytet dla innych uczniów, stała z wyciągniętą różdżką nad zaszokowanym i jednocześnie przerażonym Ronald’em Weasley’em. Gryfonka odwróciła głowę w jej stronę. To co opiekunka Gryfonów zobaczyła w jej oczach, przeraziło ją. Z wrażenia aż wypuściła z rąk wszystkie pergaminy. Wściekłość, mieszała się z rozpaczą i desperacją, a tęczówki świeciły nie zdrowym blaskiem.
Dziewczyna odwróciła się na pięcie i wybiegła na błonia. Znalazła zaciszne miejsce nad jeziorem, wśród skał. Zwinęła się w pozycji embrionalnej i zapłakała gorzko.
~.oOo.~
Harry patrzył bezradnie jak jego przyjaciółka wybiega z Wielkiej Sali.
Nie miał pojęcia gdzie się udała i mógł tylko zgadywać, że jej pierwszą ofiarą będzie Ron. – zasłużył sobie – pomyślał. Wciąż nie mógł uwierzyć, że jego przyjaciel zdradził Hermionę. Wiedział, że Ron’a łatwo omotać ale był pewien, że dziewczyna więcej dla niego znaczyła.
Z tych rozmyślań wyrwały go śmiechy dochodzące ze stołu Ślizgonów. Wśród nich, królował głos Malfoy’a, który opowiadał coś o Szlamach i Zdrajcach krwi. To go otrzeźwiło. Zerwał się z miejsca i podszedł do swojego nemizes. Nim Malfoy zdążył zareagować, Harry trzasnął go w twarz otwartą dłonią i wybiegł z Sali nabuzowany.
Dopiero wieczorem, tego samego dnia, zdał sobie sprawę, że ogarniająca go wściekłość nie jest skierowana na Malfoy’a, ale na kogoś znacznie mu bliższego.
Postanowił znaleźć Ron’a
~.oOo.~
 Po raz piąty okrążał cały zamek, a rudzielca wciąż nigdzie nie było.
Przeszukał też sowiarnię, nie był tylko w skrzydle szpitalnym i lochach. Natychmiast odrzucił drugą możliwość. Po co Ron miałby włóczyć się po terytorium Ślizgonów? Z tego co wiedział nie miał dziś żadnego szlabanu.
Skierował się więc w stronę szkolnego szpitala. Nie był pewien co dokładnie chce powiedzieć przyjacielowi. Liczył na to, że kiedy już go zobaczy, coś przyjdzie mu do głowy. Nie musiał długo czekać. Przeszedł za ledwie jeden korytarz, gdy z za zakrętu wyłonił się Weasley.
- Cześć... - odezwał się Ron niepewnie. - widziałeś Hermionę..?
- Czego od niej chcesz? - na wspomnienie imienia przyjaciółki ogarnęła go wściekłość – Opowiedzieć jak ci się spało z tamtymi dziewczynami, czy może poinformować ją o setnej wybrance? Skrzywdziłeś ją Ron. Rozumiesz?
- Tak, wiem. Chce ją przeprosić...
- Za co? Za kłamstwa, zdrady, czy może za to, że ją wykorzystałeś? - jego głos ociekał sarkazmem.
- Wykorzystałem? Błagam cię! Ona nie dała się dotknąć! Dlatego... to... się stało. Mam swoje potrzeby!
- Zdradziłeś ją, bo nie dała ci się dotknąć? Genialne Weasley! Czy ty masz pojęcie co zrobiłeś?! - Gryfon nie miał szansy odpowiedzieć. Harry wyciągnął różdżkę i cisnął w jego stronę oszałamiaczem.
Rudzielec uderzył głową o przeciwległą ścianę i stracił przytomność. Jednak wybraniec już tego nie widział. Biegł ile sił w nogach w stronę wierzy Gryffindor'u.
~.oOo.~
Tej nocy nie spała zbyt dobrze.
Do dormitorium wróciła późno i wierciła się w łóżku, nie mogąc zasnąć. A kiedy w końcu zmorzył ją sen, dręczyły ją koszmary o Ron'ie obściskującym się z blondyną z okładki tego szmatławca.
Rano, nie wyspana i wciąż podłamana, wstała i wbrew wszystkiemu ruszyła na lekcje obiecując sobie w myślach, że to ostatni raz kiedy się tak rozkleiła.
Niestety, jej postanowienie zakłóciła szkolna sowa, która niewinnie wylądowała na stole przed nią i podniosła nóżkę z liścikiem, który chwilę później, zniszczył doszczętnie życie Hermiony Granger...
~.oOo.~
''Droga Panno Granger,
Proszę aby stawiła się pani w moim gabinecie,
najszybciej jak to możliwe.
A. Dumbledore.''
   Hermiona patrzyła ze zdziwieniem na liścik trzymany w ręce.
Nie mogła znaleźć żadnego wytłumaczenia, dlaczego dyrektor miałby wzywać właśnie ją.
Może chce na mnie nawrzeszczeć za wczoraj – przeszło jej przez myśl. Chociaż dyrektor był ostatnią osobą, którą posądziłaby o wrzeszczenie na uczniów, wolała nie odrzucać takiej możliwości.
Chcąc, nie chcąc, wyszła z Wielkiej Sali i ruszyła w stronę gabinetu dyrektora.
Po kilku minutach stała już przed kamiennym gargulcem, który przesuwał się, odsłaniając kamienne schody, nim zdążyła zastanowić się nad hasłem.
Dziwne. – pomyślała.
Wspięła się na górę i zapukała w ciężkie drewniane drzwi. Usłyszała stłumione 'proszę' i wkroczyła do gabinetu dyrektora, w którym byli już Snape i McGonagal.
- Witam, panno Granger. - przywitał się dyrektor. Był nieco przygaszony, a w jego oczach brakowało wesołych iskierek. Wyglądał na dużo starszego niż zwykle.
- Dzień dobry, profesorze. - odpowiedziała niepewnie. Dlaczego dyrektor ją wezwał? I po cholerę jest tu też opiekunka jej domu i ten przerośnięty nietoperz?!
Swoją drogą ta pierwsza nie wyglądała na zbytnio szczęśliwą.
- Zapewne zastanawiasz się po co Cię tutaj wezwałem. - zaczął, na pozór spokojnie, dyrektor.
- Klika dni temu odbyło się zebranie, w którym uczestniczyłaś razem z panem Weasley'em – tu Hermiona skrzywiła się lekko – i Harry'm. Pamiętasz, jak zapytałaś mnie, czy jest możliwość, aby za te ataki odpowiadała inna grupa ludzi, nie śmierciożercy? - kiwnęła lekko głową, zastanawiając się do czego zmierza dyrektor.- Teraz mogę Ci szczerze odpowiedzieć na to pytanie. Miałaś rację. To nie słudzy Voldemorta. To Zakon Mrocznych Walkirii.
W oczach Hermiona błysnęło zdziwienie, a chwile potem zrozumienie. Czytała kiedyś o nich. To pradawny zakon, założony ku czci bogini wojny. Atakowali pojedynczo i znienacka, zabijając problematyczne dla nich samych osoby. Nie popierali żadnej ze stron. Nikt nie wiedział, gdzie znajduje się ich siedziba. Legendy głosiły, że dosiadają karych koni i walczą jak mało kto. Była jednak pewna, że Mroczne Walkirie nie działają od lat. A jednak. Tylko na miłość Boską, po co on jej to mówi?!
-Rozumiem, że wiesz o kogo mi chodzi. - głos dyrektora był poważny, a oczy pozbawione zwyczajowych iskierek, wyrażały współczucie. - Twoi rodzice nie żyją, Hermiono. Zabiły ich Walkirie. - powiedział dyrektor. 
Hermiona spojrzała na niego z niedowierzaniem. Co on właśnie powiedział? - zastanawiała się. Chyba nie mówił poważnie... Z drugiej strony dyrektor nigdy nie żartował w ten sposób. Tylko co jego słowa oznaczają dla niej...? - nie była w stanie jasno myśleć.
Nim się zorientowała, osunęła się bezwładnie na ziemię.
W panującej ciszy głos Snape'a brzmiał jak wybuch armatni:
- Wspaniale to rozegrałeś, dyrektorze. - Blask świecy, rozjaśnił jego twarz. Tym razem, bez kpiącego uśmiechu.
~.oOo.~
   Poczuła jak ziemia osuwa jej się spod nóg.
Spadała. Spadała w nieznaną przestrzeń rozpaczy. A może się wznosiła? Nie mogła określić. Ból był zbyt silny, by mogła myśleć. Wypełniał każdy jej nerw, powoli rozrywając na kawałki jej umysł i serce.
~.oOo.~
   Harry biegł ile sił w nogach w stronę skrzydła szpitalnego. Ostatnio często mu się to zdarzało.
Usłyszał plotki, że Hermiona tam jest. Nie miał pojęcia co się stało.
Dopadł do drzwi i otworzył je zamaszystym ruchem, wpadając do pomieszczenia. 
Zajęte było tylko jedno łóżko, a na nim leżała jego nieprzytomna przyjaciółka.
- Hermiono... - podszedł bliżej i usiadł na krześle obok niej. - Co się stało...? - Rzecz jasna nie otrzymał odpowiedzi. Spojrzał na twarz Gryfonki, bladą i nieruchomą. Włosy rozrzucone na poduszce tworzyły kasztanową mozaikę, oczy zamknięte, usta lekko rozchylone. Przez chwilę nie mógł oderwać oczu od różowych warg przyjaciółki...
- Właśnie, przyjaciółki! - zrugał się w myślach. - Nie gap się tak na nią, Potter! - upomniał sam siebie.
Nie musiał długo czekać na odpowiedź.
- Panna Granger zemdlała na wieść o śmierci rodziców. - Rozległ się głos tuż za jego plecami. Odwrócił się. Pani Pomfrey stała przed nim, całą swoją postawą wyrażając troskę i współczucie. - To Mroczne Walkirie... A można się było spodziewać, że po tylu latach... no ale … Panie Potter, proszę już iść.
- C-co? Rodzice Hermiony nie żyją? Jakie Walkirie? O co tu chodzi, do cholery?!
- Panie Potter! Niech pan uważa na język. - obruszyła się pielęgniarka. - I proszę już iść! Ona musi odpoczywać. To dla niej ciężki szok.
Chcąc, nie chcąc, Harry opuścił skrzydło szpitalne.
Też coś! Pokonał Voldemorta, największego czarnoksiężnika wszech czasów, zniszczył Horkruksy, miał cholerne 18 lat, a nie było mu wolno przeklinać! No ale powróćmy do spraw istotnych. Rodzice Hermiony nie żyli, zabiły ich te Walkirie, czy coś. Nie wiedział co powinien czuć w tej sytuacji. Chciał pomóc przyjaciółce, ale nie wiedział jak to zrobić. Miał tylko nadzieję, że Gryfonka nie wpadnie w depresję.
- Porozmawiam z nią, jak tylko się obudzi. - obiecał sobie.
 I trzymając się kurczowo tego postanowienia, ruszył na lekcje.  Pogrążony w myślach, nawet nie udawał, że słucha wykładów nauczycieli.
~.oOo.~
Otworzyła oczy.
Leżała na łóżku w jakimś przestronnym pomieszczeniu. Za oknem panował mrok.
Wstała.
Na bosaka podeszła do drzwi i otworzyła je cicho. Wyszła na korytarz, przeszła przez drzwi frontowe i ruszyła w kierunku jeziora.
Na sobie miała tylko bieliznę i cienką koszule nocną. Na zewnątrz panował chłód, jednak nie czuła zimna. Właściwie nic już nie czuła. Otaczający ją świat, stał się dla niej obojętny. Przeszkadzał w jej samotności, nie pozwalał zamknąć się w sobie.
Weszła na klif i spojrzała na fale rozbijające się o skały.
Pomyślała o swoim dotychczasowym życiu.
Kiedy miała jedenaście lat, dowiedziała się, że jest czarownicą. Nie była w stanie przypomnieć sobie teraz tej radości, którą wtedy odczuwała. Przez kolejne lata przeżywała niesamowite przygody, które zakończyły się pokonaniem Voldemorta.
Przyjaciele – na myśl o Ronie, przysunęła się bliżej krawędzi. - Zdradził ją. Potem dowiedziała się o śmierci rodziców.
Ten cios był zbyt mocny. Ktokolwiek chciał ją złamać i zniszczyć jej życie, może teraz świętować swój triumf.
Nie myśląc więcej, skoczyła.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozdział III

 Pozwoliłam sobie tutaj zacytować fragment ''Księcia Półkrwi''.  Zapraszam do komentowania, jeśli zauważyliście błąd - bardzo proszę o info.
Miłego czytania, ~Morsmorde

    -Mam dla was złą wiadomość. Śmierciożercy znów atakują.
Po tych słowach zapanował taki chaos, że sam Dumbledore zmuszony był unieść głos:
- CISZA!!
Pierwszy odezwał się Wybraniec.
- Jak to możliwe? Przecież większość zginęła, a resztę zamknięto w Azkabanie, prawda?
- Dobre pytanie Harry. Sęk w tym, że nikt nie wie co się stało. – odpowiedział dyrektor –Kingsley, powiedz wszystkim o informacjach jakie dotarły do ministerstwa.
Shacklebolt, nowy minister magii, wstał z miejsca.
- Dziś rano, do ministerstwa dotarły bardzo niepokojące wieści o kilku zamaskowanych postaciach, odzianych w czarne szaty z kapturami, które włamały się do sklepu Olivander’a, którego obezwładniono i porwano w celu niewiadomym. Ukradli też kilkanaście różdżek. Nie dało się ich złapać, działali z zaskoczenia. Zarejestrowaliśmy tylko kilka Cruciatusów, rzuconych prawdopodobnie w tłum i samego wytwórcę różdżek. Na szczęście nikt nie zginął, jednak sprawa jest niepokojąca.
- Porwali? Znowu? – odezwał się jakiś Auror. – Ostatnim razem chodziło im o informacje o Czarnej Różdżce, a teraz?
- Może znowu chcą jej użyć? – zaproponował inny.
- Zniszczyłem ją. To niemożliwe. – wtrącił Harry.
- Więc o co chodzi?
Rozwinęła się dyskusja, w której uczestniczyli wszyscy obecni oprócz samego dyrektora oraz pewnej brązowowłosej Gryfonki.
Hermiona przysłuchiwała się tej wymianie zdań z zainteresowaniem.
Zastanawiające było, jakim cudem śmierciożercy mogli przetrwać nie złapani.
Przecież ministerstwo zorganizowało spis populacji czarodziejów. Każdy u kogo wykryto mroczny znak, nawet pomimo zastosowania eliksirów i zaklęć maskujących, zostawał natychmiast odeskortowany do Azkabanu, bez żadnego procesu. Na spisie stawili się wszyscy.
Rozważała też możliwość ucieczki z twierdzy ale ta, po wojnie, została dodatkowo wzmocniona barierami, uniemożliwiającymi opuszczenie jej za pomocą magii, a tym bardziej sposobami mugolskimi. Do tego byli dementorzy… - Hermiona wzdrygnęła się na samo wspomnienie tych parszywych istot. – Pozostaje tylko jedna opcja. – pomyślała.
- Profesorze Dumbledore? – dziewczyna zbliżyła się do biurka. – Dlaczego od razu zakładamy, że to śmierciożercy? Może to jacyś inni czarodzieje, którzy tak jak Voldemort, chcą dosięgnąć władzy?
- Słuszna uwaga, panno Granger. – pochwalił dyrektor –Na pewno ją rozważymy. Jednak z tego co wiem, macie teraz z Harry’m i panem Weasley’em lekcję Obrony. Radziłbym się na nią udać. Może wojna się skończyła ale dobrze wyszkolonych czarodziejów nigdy dość.
Ron już chciał zaprotestować, jednak spojrzenie jakie posłała mu  jego dziewczyna, wystarczyło żeby  go uciszyć.
- Tak jest profesorze. – Złota Trójca powlokła się niechętnie w stronę drzwi. Mimo wszystko woleliby uczestniczyć w tak ważnym zebraniu.
~.oOo.~
- Myślicie, że uciekli? – Po wyjściu z gabinetu dyrektora, Ron natychmiast zaczął wypytywać przyjaciół.
- Szczerze wątpię. – odpowiedziała mu Hermiona. – Bardziej prawdopodobne, że to znowu jakiś chory idiota chce przejąć władzę nad światem i szuka sobie zwolenników.
- Drugi Voldemort? Świetnie. A już miałem nadzieję, że wreszcie będzie spokój… - odezwał się Wybraniec.
- Harry, czy tu kiedyś było spokojnie? – odpowiedziała mu z uśmiechem dziewczyna.
~.oOo.~
William Fariares, okazał się być doświadczonym czarodziejem, znającym się na swoim fachu.
Zdawał się być sympatyczną osobą, jednak coś w jego zachowaniu i sposobie bycia budziło respekt.
Na początku lekcji, wszedł do klasy uśmiechając się szeroko i pobłyskując swoimi błękitnymi oczami. Stanął przed biurkiem, omiatając klasę spojrzeniem, które chwilę dłużej zatrzymało się na Harry’m.
Po chwili zaczął:
Witam, jak już wczoraj wspomniał dyrektor, nazywam się William Fariares. Będę was w tym roku uczył Obrony Przed Czarną Magią. Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracować na tych lekcjach. – uśmiechnął się, ukazując rząd białych zębów. – Do rzeczy. Czarną Magią nazywamy ten rodzaj Magii, który służy czynieniu zła. Posługują się nią głównie czarnoksiężnicy. Podstawowe różnice pomiędzy czarną, a białą magia to:
- cel
- stopień umiejętności czarodzieja który jej używa
- oraz skutki jej działania
Ja mam za zadanie uświadomić was, że nie jest ona zabawką, której można użyć aby zaimponować kolegom, czy zemścić się na którymś z nich.- powiódł po klasie srogim spojrzeniem.  - Czarna magia to mnogość najróżniejszych środków agresji, zmiennych jak kameleon i  odwiecznych jak zło i dobro. Walka z nimi przypomina walkę z wielogłowym potworem: utniesz mu jedną głowę, a natychmiast wyrośnie inna, jeszcze groźniejsza i sprytniejsza. To, z czym przychodzi nam walczyć, nigdy nie jest ustalone raz na zawsze, wciąż podlega zmianom, jest niezniszczalne.
Jednak wielu ulega niejasnemu złudzeniu, że obejmuje ona tylko zaklęcia niewybaczalne.
Do tej pory uczyliście się Obrony przed prostymi zaklęciami, używając równie prostych tarcz, które z łatwością zniszczyłby średnio zaawansowany czarodziej, a co dopiero potężny Czarnoksiężnik.
W tym roku, oprócz silnych zaklęć ofensywnych, nauczycie się także obrony duszy i umysłu przed atakami ze strony samej Czarnej Magii. A teraz uważajcie, bo to bardzo ważne.
Jak podejrzewam, żaden z poprzednich nauczycieli nie uświadomił was o ważnej różnicy jaka dzieli zaklęcia Czarno-magiczne. Zakładam jednak, że niewielu o niej wiedziało. Ciemne moce dzielą się na Magię tzw. prostą, oraz Mroczną. Obie nazywane potocznie Czarną Magią. Jednak dzieli je bardzo istotna różnica, o której nie należy zapominać. Bo widzicie, nie jest sztuką rzucić klątwę. Ot, wypowiedzieć inkantację i machnąć różdżką. Sztuką jest naprawdę chcieć wyrządzić komuś krzywdę. To właśnie nazywamy Mroczną Magią.  Nie można użyć jej 'przypadkiem'. Tu nie wystarczy zwykła złość czy desperacja. Trzeba być ogarniętym niesamowitą furią i nienawiścią do człowieka, aby rzucić Mroczne zaklęcie. Choć dużą rolę może spełnić tutaj strach. Jednak jest pewien haczyk. Jeśli już raz użyłeś tego rodzaju magii, będzie cię ona prześladować, nachodzić w każdym możliwym momencie, abyś tylko użył jej ponownie. I tak ciągle. Rzucasz zaklęcia, a za każdym razem przychodzi ci to coraz łatwiej, aż w końcu nie sprawia żadnych problemów. Człowiek jest uzależniony, a z tego uzależnienia, nie da się już wydostać. Tak właśnie działał Voldemort:  Szukał zwolenników i zmuszał ich do użycia tego rodzaju magii, wiedząc, że nie będą zdolni go zwalczyć. - widząc pytające spojrzenia uczniów wytłumaczył.-Tak, tę siłę można zwalczyć. Jest to jednak niezwykle ciężka walka. Wielu ustępuje i pozwala Mrocznej Magii zawładnąć sobą. Osobiście znam tylko jedną osobę, której się to udało. Nie wymienię nazwiska, gdyż wydaje mi się, że wszyscy znacie ją dość dobrze. Wracając do tematu;  Zaklęcia Niewybaczalne, nie są niewybaczalne tylko przez to, że krzywdzą i zabijają. Przecież aurorzy sami używają zaklęć torturujących, takich jak np: Tormenta.* Chodzi o to, że Niewybaczalne należą do Mrocznej Magii. To dla tego używali ich śmierciożercy. Mam nadzieję, że nigdy nie będziecie mieli styczności z tym rodzajem magii, jednak uznałem za stosowne uświadomić was z czym możecie być zmuszeni walczyć.- zakończył swój wywód profesor.
Klasa wpatrywała się w niego oniemiała. Jeszcze żaden z nauczycieli nie opowiadał o swoim przedmiocie z taką pasją, niemal uwielbieniem. Wrażenie robiła także jego niezwykle rozległa wiedza w tym temacie.
- Dzisiaj będziemy ćwiczyć zaklęcie tarczy, chroniące przed urokami. Kto mi powie, jak działa urok?
Ręka Hermiony automatycznie powędrowała w górę.
-Tak, panno…
- Granger, sir. – podpowiedziała dziewczyna. Była pełna respektu wobec nowego nauczyciela. Widać było, że jest doświadczoną osobą, a z tego co mówił jasno wynikało, że zna się na rzeczy. – Działanie uroku dotyka wnętrza człowieka, jego umysłu i sposobu postrzegania świata. Jest to rodzaj szyby, przez którą osoba patrzy na świat i która wypacza obraz rzeczywistości. Osoba na którą rzucono urok, widzi zupełnie inny obraz otoczenia niż ten który widzą inni ludzie. Dlatego właśnie osoby objęte działaniem uroku, mówią czasem rzeczy które wydają nam się całkiem niedorzeczne. Z jej punktu widzenia jednak jest to fakt, coś oczywistego. Postępowanie takiej osoby, jest wynikiem jej widzenia świata, a nie wpływu otoczenia. Jest to stan trochę przypominający zauroczenie. Wówczas właśnie dochodzi do podejmowania decyzji których w normalnym stanie nigdy byśmy nie podjęli. Obcy staje się zdrowy rozsądek i racjonalizm. – Przypomniała jej się sytuacja z szóstego roku, gdy rzucono urok na Katie Bell. Wtedy wydawała się taka pewna tego co robi.
- Nic dodać, nic ująć. 10 pkt dla Gryffindor’u. – Głos nauczyciela wyrwał ją z zamyślenia. – Dobrze. Wiemy już jak działa urok. Teraz podam wam silne zaklęcie tarczy, które nie tylko ochroni was przed jego działaniem, ale także odbije go w stronę waszego przeciwnika. Inkantacja to Scutum Lepor. Będę teraz na was po kolei rzucał urok, a wy spróbujecie się bronić. Nie przejmujcie się jeśli na początku nie będzie wam wychodzić. To trudne ale za to niezwykle przydatne zaklęcie. Zaczynamy!
Klasa ustawiła się w rzędzie. Hermiona z wahaniem zajęła miejsce za Lavender Brown. Nie była pewna czy chce oberwać jakimś urokiem. Czytała o tym trochę i niektóre są naprawdę paskudne.
Kolejka przesuwała się powoli. Na razie tylko Harry’emu udało się obronić przed atakiem nauczyciela i to z niemałym wysiłkiem. Kilkunastu uczniów już dochodziło do siebie po nieudanym zaklęciu tarczy. W końcu przyszłą jej kolej. Stanęła naprzeciwko nauczyciela, w odległości jakichś 4 metrów. Wyciągnęła różdżkę i powtórzyła w myślach inkantację.
- Rzucam na trzy. – ostrzegł nauczyciel. – Raz… Dwa… Trzy! - Takrian!
Hermiona zareagowała błyskawicznie. Krzyknęła zaklęcie ofensywy, jednak nic się nie stało. Spróbowała jeszcze raz. Tym razem pojawił się przed nią zarys tarczy, jednak było już za późno. Zobaczyła tylko fioletowy promień uderzający w jej ciało i straciła przytomność.
---
Obudziła się chwile później. Czując w ustach cierpki smak eliksiru trzeźwiącego. Usiadła i rozejrzała się. Przed nią stał nauczyciel i chyba chwalił ją za dobre zaklęcie tarczy, nie była tego pewno bo dzwonił jej w uszach. Wygląda na to, że bez znaczenia było, że rzuciła je zbyt późno. Wstała i chwiejąc się podeszła do ławki, którą zajmowała razem z Ron’em. Spakowała swoje rzeczy i usiadła obok chłopaka. Rudzielec oprzytomniał chwilę wcześniej. Jemu również nie udała się obrona.
- To koniec ćwiczeń na dziś! – powiedział nauczyciel po kilku minutach. – Napiszecie wypracowanie o różnicach między urokiem, a klątwą, na następną lekcję. Długość jest bez znaczenia. Ma być treściwe. Do widzenia!
Uczniowie zaczęli opuszczać klasę, z zapałem dyskutując o minionej lekcji.
Harry, Ron i Hermiona ruszyli w stronę wyjścia.
- Jest trochę dziwny, nie uważacie? – odezwała się Gryfonka, gdy już znaleźli się na korytarzu.
- Co masz na myśli? – spytał czarnowłosy.
- Nie zauważyliście w jaki sposób opowiadał o Czarnej i Mrocznej Magii? Jakby ją podziwiał. Teoretycznie ostrzegał nas przed jej działaniem ale robił to niemal pieszczotliwym tonem. – Widząc niezrozumienie w oczach przyjaciół, zacytowała: - ‘Zmienna jak kameleon’. A poza tym, nie dziwi was brak obecności Snape'a na zabraniu Zakonu? – Harry zerknął na nią. Rzeczywiście. Mężczyzna nie stawił się w gabinecie Dumbledore’a, a byli tam wszyscy członkowie grupy.
- Może nietoperz się spóźnił? – zasugerował Wybraniec.
- Spóźniający się Snape? Wątpię…
- Och Hermiono, jesteś zbyt podejrzliwa moim zdaniem. – odpowiedział Ron. – Skupmy się lepiej na ważnych sprawach.
- Na przykład? – spytała dziewczyna.
- Na przykład, na kolacji.
Gryfonka prychnęła, jednak nie sprzeczała się dłużej gdyż w tym momencie rozległo się donośne burczenie wydobywające się z jej brzucha, który domagał się jedzenia.
~.oOo.~
Kiedy wieczorem, po odrobieniu prac domowych, kładła się spać, miała mętlik w głowie.
Miała nadzieję, że w tym roku skupi się na nauce, a tymczasem w ciągu jednego dnia, dowiedziała się, że Snape i Dumbledore, mimo wszelkich praw natury - żyją, śmierciożercy, o ile to rzeczywiście byli oni - znów atakują, a ich nowy nauczyciel obrony ma fioła na punkcie Czarnej Magii.
To będzie spokojny rok, nie ma co. – zakpiła w myślach, a po chwili zmęczona, zapadła w objęcia Morfeusza.