środa, 29 lipca 2015

Rozdział IV

Witam,
Na poprzednim blogu rozdziały czwarty i piąty, zostały podzielone na części. 
Postanowiłam połączyć je w całość, dodatkowo wprowadziłam kilka zmian. 
Życzę miłego czytania i proszę o komentarze. ;)
Pozdrawiam,
~Morsmorde

Rozdział 4
Kolejny tydzień, minął bez większych problemów. Wydawałoby się, że wszystko wróciło do normy. Nauczyciele zawalali uczniów, toną prac domowych, Filch pałętał się po korytarzach, wraz ze swoją nieodłączną towarzyszką – panią Norris, i wrzeszczał na Bogu ducha winnych uczniów za takie przewinienia, jak zabrudzanie i zaśmiecanie korytarzy. Od reguły nie odchodził także Snape, wlepiający szlabany i odejmujący punkty z prędkością karabinu maszynowego, czyli – żadna nowość. Aż do tego feralnego dnia…
Hermiona wracał właśnie z czwartkowej lekcji numerologii. Szła dość szybko kierując się w stronę Wielkiej Sali na obiad. Gdy tylko przekroczyła próg, wyczuła podejrzaną atmosferę ekscytacji panującą w pomieszczeniu. Co więcej, wszyscy patrzyli na nią dziwnie, jakby oczekiwali wybuchu. Ignorując jednak to dziwne zachowanie, przeszła przez salę i usiadła przy stole gryfonów, gdzie Harry czytał właśnie nowe wydanie Proroka Codziennego. Ten widok zdziwił ją trochę. Było raczej zbyt późna jak na poranną pocztę. Nie przejmując się tym jednak zbytnio, spytała:
- Jest coś ciekawego? - Złoty Chłopiec nie odpowiedział od razu.
- Hermiono, tak mi przykro… - ta odpowiedź zdziwiła ją nieco. Za co Harry’emu było przykro? I co jest napisane w ty szmatławcu?! – To znowu Skitter… ona…
- Co? Daj mi to! – I wyrwała gazetę z rąk Gryfona. Jej oczy natychmiast odnalazły wielkie zdjęcie, na okładce gazety, na którym był… Ron. Ale nie był sam. Towarzyszyła mu jakaś wysoka blond-włosa dziewczyna, uśmiechająca się słodko, którą obejmował jej chłopak.
Nie od razu dotarło do niej co przedstawia fotografia. Zemdliło ją. Zerwała się z miejsca i nie zwracając uwagi na rozpaczliwe krzyki Harry’ego wybiegła z Sali. Wpadła do pierwszej łazienki jaką znalazła i zwymiotowała. Nie wiedziała czemu tak reaguje. Ron… Zdradził ją… Zdradził z jakąś tlenioną blondyną! Jak on mógł jej to zrobić?! Znali się tyle lat, tyle razem przeszli, a on… dwa lata temu gdy go otruto, sterczała przy jego łóżku jak głupia – dzień i noc, wypłakując sobie oczy i przysięgając zemstę na tym kto mu to zrobił, a potem? Rok temu? Zniszczyli razem horkruksy. Ron pocałował ją w komnacie tajemnic, czuła się wtedy taka szczęśliwa… mimowolnie zwymiotowała, znowu. Zawsze myślała, że Ron’owi na niej zależy tak jak jej na nim. Najwyraźniej, myliła się.
Jak śmiał ją zdradzić?! – Nagle poczuła jak ogarnia ją wściekłość. Nie była w stanie nad nią panować. Jak burza wybiegła z łazienki, zapominając nawet o rzuceniu zaklęcia czyszczącego na swoją szatę. Szła szybko w stronę pokoju wspólnego, trafiając na zdziwione i trochę zlęknione spojrzenia uczniów. Wściekła Prefekt Naczelna, była dość rzadkim widokiem.
I w takim stanie zastał ją Ron. Wychodził właśnie przez dziurę pod portretem, gdy nagle poczuł jak coś odrzuca go w tył. Z hukiem uderzył w stojącą nieopodal zbroję, która z łoskotem przewróciła się i rozpadła na kawałki.
- Jak śmiałeś?! – w dwóch susach dopadła chłopaka. – Pytam, jak śmiałeś mnie zdradzić?! – W oczach chłopaka pojawiło się zrozumienie, co tylko podsyciło wściekłość Gryfonki. Mimo wszystko miała nadzieję, że Ron zaprzeczy. – Ty fałszywy, wredny, perfidny, samolubny, puszczalski śmieciu! Ile lasek zdążyłeś już przelecieć od rozpoczęcia roku szkolnego?! 5, 10?! Czy ta wywłoka, Lavender, też się do nich zalicza? Czy może zamierzasz zaliczyć ją jeszcze dzisiaj?! I dla jasności. Wszystko co było między nami jest SKOŃCZONE!! Dotarło to do twojego ptasiego móżdżka, czy może mam powtórzyć? Jesteś nikim Weasley, nikim! – I splunęła w stronę oniemiałego Gryfona.
- Co tu się dzieje? – rozległ się znajomy głos. Profesor McGonagal, przechodziła właśnie korytarzem, trzymając w rękach stos pergaminów. Scena, która się przed nią rozgrywała, spowodowała u niej szybsze bicie serca. Jej najlepsza uczennica, którą uważała za autorytet dla innych uczniów, stała z wyciągniętą różdżką nad zaszokowanym i jednocześnie przerażonym Ronald’em Weasley’em. Gryfonka odwróciła głowę w jej stronę. To co opiekunka Gryfonów zobaczyła w jej oczach, przeraziło ją. Z wrażenia aż wypuściła z rąk wszystkie pergaminy. Wściekłość, mieszała się z rozpaczą i desperacją, a tęczówki świeciły nie zdrowym blaskiem.
Dziewczyna odwróciła się na pięcie i wybiegła na błonia. Znalazła zaciszne miejsce nad jeziorem, wśród skał. Zwinęła się w pozycji embrionalnej i zapłakała gorzko.
~.oOo.~
Harry patrzył bezradnie jak jego przyjaciółka wybiega z Wielkiej Sali.
Nie miał pojęcia gdzie się udała i mógł tylko zgadywać, że jej pierwszą ofiarą będzie Ron. – zasłużył sobie – pomyślał. Wciąż nie mógł uwierzyć, że jego przyjaciel zdradził Hermionę. Wiedział, że Ron’a łatwo omotać ale był pewien, że dziewczyna więcej dla niego znaczyła.
Z tych rozmyślań wyrwały go śmiechy dochodzące ze stołu Ślizgonów. Wśród nich, królował głos Malfoy’a, który opowiadał coś o Szlamach i Zdrajcach krwi. To go otrzeźwiło. Zerwał się z miejsca i podszedł do swojego nemizes. Nim Malfoy zdążył zareagować, Harry trzasnął go w twarz otwartą dłonią i wybiegł z Sali nabuzowany.
Dopiero wieczorem, tego samego dnia, zdał sobie sprawę, że ogarniająca go wściekłość nie jest skierowana na Malfoy’a, ale na kogoś znacznie mu bliższego.
Postanowił znaleźć Ron’a
~.oOo.~
 Po raz piąty okrążał cały zamek, a rudzielca wciąż nigdzie nie było.
Przeszukał też sowiarnię, nie był tylko w skrzydle szpitalnym i lochach. Natychmiast odrzucił drugą możliwość. Po co Ron miałby włóczyć się po terytorium Ślizgonów? Z tego co wiedział nie miał dziś żadnego szlabanu.
Skierował się więc w stronę szkolnego szpitala. Nie był pewien co dokładnie chce powiedzieć przyjacielowi. Liczył na to, że kiedy już go zobaczy, coś przyjdzie mu do głowy. Nie musiał długo czekać. Przeszedł za ledwie jeden korytarz, gdy z za zakrętu wyłonił się Weasley.
- Cześć... - odezwał się Ron niepewnie. - widziałeś Hermionę..?
- Czego od niej chcesz? - na wspomnienie imienia przyjaciółki ogarnęła go wściekłość – Opowiedzieć jak ci się spało z tamtymi dziewczynami, czy może poinformować ją o setnej wybrance? Skrzywdziłeś ją Ron. Rozumiesz?
- Tak, wiem. Chce ją przeprosić...
- Za co? Za kłamstwa, zdrady, czy może za to, że ją wykorzystałeś? - jego głos ociekał sarkazmem.
- Wykorzystałem? Błagam cię! Ona nie dała się dotknąć! Dlatego... to... się stało. Mam swoje potrzeby!
- Zdradziłeś ją, bo nie dała ci się dotknąć? Genialne Weasley! Czy ty masz pojęcie co zrobiłeś?! - Gryfon nie miał szansy odpowiedzieć. Harry wyciągnął różdżkę i cisnął w jego stronę oszałamiaczem.
Rudzielec uderzył głową o przeciwległą ścianę i stracił przytomność. Jednak wybraniec już tego nie widział. Biegł ile sił w nogach w stronę wierzy Gryffindor'u.
~.oOo.~
Tej nocy nie spała zbyt dobrze.
Do dormitorium wróciła późno i wierciła się w łóżku, nie mogąc zasnąć. A kiedy w końcu zmorzył ją sen, dręczyły ją koszmary o Ron'ie obściskującym się z blondyną z okładki tego szmatławca.
Rano, nie wyspana i wciąż podłamana, wstała i wbrew wszystkiemu ruszyła na lekcje obiecując sobie w myślach, że to ostatni raz kiedy się tak rozkleiła.
Niestety, jej postanowienie zakłóciła szkolna sowa, która niewinnie wylądowała na stole przed nią i podniosła nóżkę z liścikiem, który chwilę później, zniszczył doszczętnie życie Hermiony Granger...
~.oOo.~
''Droga Panno Granger,
Proszę aby stawiła się pani w moim gabinecie,
najszybciej jak to możliwe.
A. Dumbledore.''
   Hermiona patrzyła ze zdziwieniem na liścik trzymany w ręce.
Nie mogła znaleźć żadnego wytłumaczenia, dlaczego dyrektor miałby wzywać właśnie ją.
Może chce na mnie nawrzeszczeć za wczoraj – przeszło jej przez myśl. Chociaż dyrektor był ostatnią osobą, którą posądziłaby o wrzeszczenie na uczniów, wolała nie odrzucać takiej możliwości.
Chcąc, nie chcąc, wyszła z Wielkiej Sali i ruszyła w stronę gabinetu dyrektora.
Po kilku minutach stała już przed kamiennym gargulcem, który przesuwał się, odsłaniając kamienne schody, nim zdążyła zastanowić się nad hasłem.
Dziwne. – pomyślała.
Wspięła się na górę i zapukała w ciężkie drewniane drzwi. Usłyszała stłumione 'proszę' i wkroczyła do gabinetu dyrektora, w którym byli już Snape i McGonagal.
- Witam, panno Granger. - przywitał się dyrektor. Był nieco przygaszony, a w jego oczach brakowało wesołych iskierek. Wyglądał na dużo starszego niż zwykle.
- Dzień dobry, profesorze. - odpowiedziała niepewnie. Dlaczego dyrektor ją wezwał? I po cholerę jest tu też opiekunka jej domu i ten przerośnięty nietoperz?!
Swoją drogą ta pierwsza nie wyglądała na zbytnio szczęśliwą.
- Zapewne zastanawiasz się po co Cię tutaj wezwałem. - zaczął, na pozór spokojnie, dyrektor.
- Klika dni temu odbyło się zebranie, w którym uczestniczyłaś razem z panem Weasley'em – tu Hermiona skrzywiła się lekko – i Harry'm. Pamiętasz, jak zapytałaś mnie, czy jest możliwość, aby za te ataki odpowiadała inna grupa ludzi, nie śmierciożercy? - kiwnęła lekko głową, zastanawiając się do czego zmierza dyrektor.- Teraz mogę Ci szczerze odpowiedzieć na to pytanie. Miałaś rację. To nie słudzy Voldemorta. To Zakon Mrocznych Walkirii.
W oczach Hermiona błysnęło zdziwienie, a chwile potem zrozumienie. Czytała kiedyś o nich. To pradawny zakon, założony ku czci bogini wojny. Atakowali pojedynczo i znienacka, zabijając problematyczne dla nich samych osoby. Nie popierali żadnej ze stron. Nikt nie wiedział, gdzie znajduje się ich siedziba. Legendy głosiły, że dosiadają karych koni i walczą jak mało kto. Była jednak pewna, że Mroczne Walkirie nie działają od lat. A jednak. Tylko na miłość Boską, po co on jej to mówi?!
-Rozumiem, że wiesz o kogo mi chodzi. - głos dyrektora był poważny, a oczy pozbawione zwyczajowych iskierek, wyrażały współczucie. - Twoi rodzice nie żyją, Hermiono. Zabiły ich Walkirie. - powiedział dyrektor. 
Hermiona spojrzała na niego z niedowierzaniem. Co on właśnie powiedział? - zastanawiała się. Chyba nie mówił poważnie... Z drugiej strony dyrektor nigdy nie żartował w ten sposób. Tylko co jego słowa oznaczają dla niej...? - nie była w stanie jasno myśleć.
Nim się zorientowała, osunęła się bezwładnie na ziemię.
W panującej ciszy głos Snape'a brzmiał jak wybuch armatni:
- Wspaniale to rozegrałeś, dyrektorze. - Blask świecy, rozjaśnił jego twarz. Tym razem, bez kpiącego uśmiechu.
~.oOo.~
   Poczuła jak ziemia osuwa jej się spod nóg.
Spadała. Spadała w nieznaną przestrzeń rozpaczy. A może się wznosiła? Nie mogła określić. Ból był zbyt silny, by mogła myśleć. Wypełniał każdy jej nerw, powoli rozrywając na kawałki jej umysł i serce.
~.oOo.~
   Harry biegł ile sił w nogach w stronę skrzydła szpitalnego. Ostatnio często mu się to zdarzało.
Usłyszał plotki, że Hermiona tam jest. Nie miał pojęcia co się stało.
Dopadł do drzwi i otworzył je zamaszystym ruchem, wpadając do pomieszczenia. 
Zajęte było tylko jedno łóżko, a na nim leżała jego nieprzytomna przyjaciółka.
- Hermiono... - podszedł bliżej i usiadł na krześle obok niej. - Co się stało...? - Rzecz jasna nie otrzymał odpowiedzi. Spojrzał na twarz Gryfonki, bladą i nieruchomą. Włosy rozrzucone na poduszce tworzyły kasztanową mozaikę, oczy zamknięte, usta lekko rozchylone. Przez chwilę nie mógł oderwać oczu od różowych warg przyjaciółki...
- Właśnie, przyjaciółki! - zrugał się w myślach. - Nie gap się tak na nią, Potter! - upomniał sam siebie.
Nie musiał długo czekać na odpowiedź.
- Panna Granger zemdlała na wieść o śmierci rodziców. - Rozległ się głos tuż za jego plecami. Odwrócił się. Pani Pomfrey stała przed nim, całą swoją postawą wyrażając troskę i współczucie. - To Mroczne Walkirie... A można się było spodziewać, że po tylu latach... no ale … Panie Potter, proszę już iść.
- C-co? Rodzice Hermiony nie żyją? Jakie Walkirie? O co tu chodzi, do cholery?!
- Panie Potter! Niech pan uważa na język. - obruszyła się pielęgniarka. - I proszę już iść! Ona musi odpoczywać. To dla niej ciężki szok.
Chcąc, nie chcąc, Harry opuścił skrzydło szpitalne.
Też coś! Pokonał Voldemorta, największego czarnoksiężnika wszech czasów, zniszczył Horkruksy, miał cholerne 18 lat, a nie było mu wolno przeklinać! No ale powróćmy do spraw istotnych. Rodzice Hermiony nie żyli, zabiły ich te Walkirie, czy coś. Nie wiedział co powinien czuć w tej sytuacji. Chciał pomóc przyjaciółce, ale nie wiedział jak to zrobić. Miał tylko nadzieję, że Gryfonka nie wpadnie w depresję.
- Porozmawiam z nią, jak tylko się obudzi. - obiecał sobie.
 I trzymając się kurczowo tego postanowienia, ruszył na lekcje.  Pogrążony w myślach, nawet nie udawał, że słucha wykładów nauczycieli.
~.oOo.~
Otworzyła oczy.
Leżała na łóżku w jakimś przestronnym pomieszczeniu. Za oknem panował mrok.
Wstała.
Na bosaka podeszła do drzwi i otworzyła je cicho. Wyszła na korytarz, przeszła przez drzwi frontowe i ruszyła w kierunku jeziora.
Na sobie miała tylko bieliznę i cienką koszule nocną. Na zewnątrz panował chłód, jednak nie czuła zimna. Właściwie nic już nie czuła. Otaczający ją świat, stał się dla niej obojętny. Przeszkadzał w jej samotności, nie pozwalał zamknąć się w sobie.
Weszła na klif i spojrzała na fale rozbijające się o skały.
Pomyślała o swoim dotychczasowym życiu.
Kiedy miała jedenaście lat, dowiedziała się, że jest czarownicą. Nie była w stanie przypomnieć sobie teraz tej radości, którą wtedy odczuwała. Przez kolejne lata przeżywała niesamowite przygody, które zakończyły się pokonaniem Voldemorta.
Przyjaciele – na myśl o Ronie, przysunęła się bliżej krawędzi. - Zdradził ją. Potem dowiedziała się o śmierci rodziców.
Ten cios był zbyt mocny. Ktokolwiek chciał ją złamać i zniszczyć jej życie, może teraz świętować swój triumf.
Nie myśląc więcej, skoczyła.

1 komentarz: